W jakich warunkach pracuje nauczyciel?

2009/11/20, piątek

MEN nie wydało rozporządzenia określającego warunki pracy w szkołach. “Dlaczego?” - pyta Rzecznik Praw Obywatelskich. “Bo nie chce narażać gmin na dodatkowe wydatki” - odpowiada jeden z dyrektorów (zob. źródło).

Zapraszam minister edukacji do mojej szkoły, niech zobaczy, w jakich warunkach pracują nauczyciele (a i tak nie jest to najgorzej wyposażona placówka).

Zanim Katarzyna Hall mnie odwiedzi, opowiem, jak wyglądała wczorajsza lekcja etyki. Zachciało mi się pokazać fragment wykładu Francisa Fukuyamy na temat moralności w biznesie. Zarezerwowałem salę multimedialną na ósmą godzinę lekcyjną. Gdy przyszła pora, zastałem salę zamkniętą (na zamek i specjalne kraty). Kierownik poinformował mnie, że na ósmej godzinie nie odbywają się w tej sali żadne lekcje (nauczyciele podobno nie zamykają okien, nie gaszą świateł, dlatego woźna wcześniej sprawdza, zamyka i lekcji prowadzić nie można). Uparłem się i po dziesięciu minutach miałem klucz. Otworzyłem, ale okazało się, że przy biurku nauczyciela nie było komputera (został wzięty do sformatowania). W sali stało dwadzieścia innych komputerów, ale żaden nie miał czytnika dvd, a na takim nośniku miałem zarejestrowany wykład profesora. Poprosiłem więc, aby uczniowie przenieśli się do biblioteki. Włożyłem płytę do komputera, ale okazało się, że monitor nie ma głośników. Przyniosłem głośniki  z innej sali, a wtedy okazało się, że komputer nie ma karty dźwiękowej. Uruchomiłem inny komputer, który odtwarzał dźwięk, ale okazało się, że nie ma w nim żadnego programu do odtwarzania filmu. A czas mijał. W końcu udało mi się znaleźć komputer z programem i z kartą dźwiękową (trzeba było ustawiać dźwięk, gdyż do komputera nigdy nie podłączano głośników). I tak po półgodzinnej walce udało nam się przez ostatnie 15 minut obejrzeć fragment wykładu Fukuyamy. Niektórzy uczniowie stwierdzili, że obejrzą go sobie w domu, ponieważ w szkole nie ma odpowiednich warunków (o jakości dźwięku, jaki wydobywał się z najtańszych głośników, nie będę się rozpisywał).

Uważam, że nie doszłoby do tego, gdyby Katarzyna Hall miała obowiązek prowadzić raz w roku jedną lekcję w typowej polskiej szkole (najlepiej losowo wybranej). Gdyby pani minister zdarzyło się coś takiego, co spotkało mnie, wydałaby rozporządzenie o podstawowych warunkach pracy w szkole. Zastanawiam się, czy minister zapomniała, czy też nigdy nie pracowała w publicznej szkole.

W mojej szkole jest coraz lepiej (dziesięć-piętnaście lat temu to dopiero był cyrk), ale żadna w tym zasługa MEN czy gminy. Nawet czajnik do pokoju nauczycielskiego kupiła jedna z koleżanek (a stary kupili kilka lat temu uczniowie). A kto zapłacił za podłączenie wody do pokoju i wstawienie zlewu? Rodzice uczniów. Nawet wbudowali z tej okazji tablicę pamiątkową. Kto kupił lodówkę dla szkoły? Kto kupił magnetofon dla polonisty? Kto zapłacił za to czy tamto? Szkoda gadać.

Ocena za edukację

2009/11/19, czwartek

Za działania na rzecz edukacji rząd Donalda Tuska otrzymał dostateczny z minusem. Oceniała “Gazeta Wyborcza”. W komentarzu Aleksandry Pezdy można przeczytać m. in.:

“Finansowy status [nauczycieli] zmieniłoby dopiero odejście od zapisanego w Karcie nauczyciela pensum (liczba godzin do przepracowania w szkole przy tablicy w ramach 40-godzinnego tygodnia pracy). To jednak ruch niepopularny, wbrew związkom zawodowym. W tym kierunku rząd nie poszedł.” (”Edukacja: reformy bez komunikacji”)

Prawdopodobnie prędzej czy później, ale w końcu będziemy musieli podyskutować o pensum. Jednak do takich rozmów nikt nie jest przygotowany, ani rząd (nie ma pieniędzy na podwyżki), ani nauczyciele (nie mają zaufania do rządu). Rząd nie umie, a już szczególnie minister edukacji, rozmawiać z nami. Traktuje nas jak pasożytów, zło konieczne, a nie jak partnerów w dialogu na temat zmian w edukacji. A przecież część z nas chce zwiększenia pensum (sam jestem przeciwny), ale nie każdemu po równo, lecz według zasady: inne pensum dla nauczycieli przedmiotów egzaminacyjnych, szczególnie maturalnych, a inne dla nauczycieli przedmiotów drugorzędnych.

Im mniej odpowiedzialności ponosi belfer za swój przedmiot, tym więcej lekcji powinien mieć do przeprowadzenia. Na przykład nauczyciel religii czy etyki powinien mieć pensum 30-godzinne, a nauczyciel matematyki w klasie matematycznej (uczniowie zdają maturę na poziomie rozszerzonym) tylko 15-godzinne. Spora część nauczycieli twierdzi, że nasze pensum powinno wahać się właśnie między piętnastoma a trzydziestoma lekcjami w tygodniu. Oczywiście w szkole każdy nauczyciel spędzałby tyle samo czasu (40 godzin), jednak wuefista, etyk czy katecheta prowadziliby przede wszystkim lekcje, zaś poloniści, matematycy oraz wszyscy, którzy przygotowują do egzaminów, prowadziliby lekcje (połowę mniej) oraz udzielali konsultacji, wyrównywali indywidualne braki uczniów, sprawdzali prace klasowe.

Aby wprowadzić zmiany w pensum, trzeba by zdecydować się na otwarte rozmowy z nauczycielami. Kto w rządzie potrafi z nami rozmawiać? Minister edukacji uprawia bufonadę, zaś premier to fanfaron. Ten rząd raczej z nami się nie dogada. Skoro ma popsuć, to lepiej niech nic nie robi. Trzy mniej to uczciwa ocena.

Zatrudnimy katechetę

2009/11/18, środa

Szkoła podstawowa zamieściła ogłoszenie “Zatrudnimy katechetę w wymiarze 13 godzin tygodniowo” (”Głos Nauczycielski” nr 45, s. 15). Co znaczy ta informacja? Wydawało mi się, że opiekę duszpasterską nad wiernymi sprawuje Kościół. Zatem jeśli dzieci chcą chodzić na religię, to obowiązkiem Kościoła jest skierować do szkoły księży. Oczywiście, religii mogą uczyć świeccy katecheci, ale jak jest problem z ich znalezieniem i trzeba się ogłaszać w prasie, to co stoi na przeszkodzie, aby religii uczył ksiądz?

Uważam, że omawiane ogłoszenie rzuca cień na pracę duszpasterską w szkołach. Przecież osoba, która chce uczyć religii, musi mieć zgodę biskupa. Nie każdy, kto skończył teologię, ma prawo do prowadzenia katechezy. Jeśli więc biskup zezwala, to powinien wiedzieć, gdzie są braki kadrowe i do której szkoły należałoby kogoś podesłać. Tymczasem doszło do tego, że dyrektor musi w prasie zabiegać o znalezienie katechety dla uczniów, bo biskupowi się nie chce.

Religia to nie jest zwykły przedmiot, lecz narzucony szkołom. Mam jednak wrażenie, że także narzucony księżom. Pracowałem parę lat temu w szkole podstawowej, którą duchowni omijali daleka. Żaden nie chciał w niej uczyć. A jak któryś podjął się tego zadania, to po kilku tygodniach uciekał gdzie pieprz rośnie. Zastanawiam się, czy poszukująca katechety placówka należy do takich właśnie szkół.

Nie chce uczyć tam ksiądz, katechety nie ma, więc może należy przekazać religię innemu przedmiotowcowi, np. poloniście czy matematykowi. Na miejscu dyrektora nie szukałbym żadnego katechety, tylko polecił pierwszej lepszej wierzącej osobie (może anglista w tej szkole jest katolikiem), aby uczyła religii tak, jak potrafi. W końcu jeśli etyki może uczyć każdy moralnie prowadzący się nauczyciel, to religii także może nauczać każdy chodzący do kościoła belfer. Religia prowadzona przez anglistę (po angielsku, naturalnie) to dopiero byłby pożyteczny przedmiot.

Zagrypieni ześwinieni

2009/11/16, poniedziałek

Na jedne klasy grypa działa bardziej (30-40 procent nieobecnych w szkole), a na inne mniej (10-15 procent nieobecnych). Wieści rozchodzą się błyskawicznie, więc jak jedna osoba zachoruje na przeziębienie, to do szkoły nie przychodzi pięć innych. Trzy chore osoby i frekwencja oscyluje w granicach 50 procent. Najgorsze są czwartki. W te dni bowiem o godzinie dwunastej podajemy frekwencję pedagogowi szkolnemu, ten przekazuje ją dyrekcji, a dyrekcja informuje sanepid. Ile osób musi nie przyjść do szkoły, aby została zamknięta?

W mediach dobre rady: nie dawać gryza, bo zostanie ślina z zarazkami, nie częstować ciastkami i cukierkami, bo na rękach są wirusy, nie pożyczać zeszytów, nie dzielić się notatkami, za blisko nie siedzieć, nie parskać, nie kichać, nie pozwalać innym parskać, nie zgadzać się na kichanie. Jak się da komuś w papę, to koniecznie trzeba umyć rękę.

Dzisiaj mieliśmy w szkole imprezę zapomnienia. To znaczy klasa II D zorganizowała turniej, podczas którego można było wygrać miseczkę bardzo dobrego ryżu. Niestety, zabrakło sztućców, a talerzyków też nie było za wiele. Więc organizatorzy wpadli na pomysł, żeby jeść paluchami ze wspólnej miseczki (jeden talerzyk przypadał na kilka osób). Wirus szalał z radości i przenosił się z rąk do rąk. Co za okazja dla choroby. Mogłem przerwać tę ryzykowną imprezę, ale nie chciałem być świnią. W końcu uczniowie świetnie się bawili, integrowały się ze sobą wszystkie klasy. Wartości pedagogiczne wzięły górę nad zdrowym rozsądkiem. Ciekawe, jakie będą tego skutki. Ilu uczniów zachoruje ze strachu, że mogli się zarazić? Mnie jakoś zrobiło się niedobrze zaraz po tej lekcji. Tylko nie wiem, czy to od ryżu, czy czegoś innego.

Jak nas bili?

2009/11/15, niedziela

Coraz mniej bijemy dzieci (nie liczę rodzin patologicznych), za to coraz chętniej wspominamy, jak sami byliśmy bici. W przeszłość odchodzi świat, w którym dziecko dostawało lanie, dlatego warto o tym powspominać. Skoro ocala się od zapomnienia wojny dziadków, to dlaczego nie przechować pamięci o tym, jak sami byliśmy bici. Dziadkowie wspominają swoją walkę na froncie, więzienie, obóz itd., a my lanie, jakie sprawiali nam dorośli - rodzice, wujkowie, nauczyciele. Zawsze to jakaś martyrologia.

Nie jestem bohaterem, gdyż rodzice nie bili mnie specjalnie często, ale w porównaniu z doświadczeniem dzisiejszych dzieci mogę uchodzić za bohatera. Nie pamiętam lania w okresie wczesnodziecięcym, ale z rozmów rodziców mogłem się zorientować, że wystarczyło mnie raz sieknąć, np. paskiem albo kablem do żelazka, a więcej nie sprawiałem kłopotów. Byłem więc dzieckiem dobrym i posłusznym. Koledzy, moi rówieśnicy, opowiadają, że w domach wisiał specjalny pasek, kabel, kij itd. którym rodzice ich bili. Aż im się łezka w oku kręci, gdy wspominają dawne dobre czasy. Mnie natomiast ogarnia wzruszenie, gdy przypomnę sobie, jak dostałem w pysk za pierwszy smak alkoholu. Samo wino było takie sobie, ale połączone z laniem po buzi spowodowało, że zapamiętam to zdarzenie do końca życia. Ach, co to był za dzień! Pamiętam też dobrze smak piórnika, wręcz czuję go na dłoniach, jakbym dostał nim przed chwilą. Wychowawczyni w podstawówce lubiła nam przylać piórnikiem. Być może przesadzam, ale zapamiętałem, że każda lekcja zaczynała się i kończyła biciem po łapach.

Spotykam się z przyjaciółmi i wspominamy, jak byliśmy bici. Każdy ma wiele do powiedzenia. Snujemy długie i przerażające opowieści o tęgim laniu. Raz tylko trafiła nam się koleżanka, której nikt w dzieciństwie nie bił. Sierota chyba. Albo kłamie, albo nie pamięta. Pewnie tak mocno dostawała, że wyparła wszystko z pamięci. Inaczej być nie może. Przecież dwadzieścia-trzydzieści lat temu każdy dostawał lanie. Od klapsa się zaczynało, a kończyło na praniu po pysku. Człowiek się zaprawiał, aby wytrzymać, gdy będzie biła milicja. Gdy w końcu dostałem pałką milicyjną, to nawet mnie to nie obruszyło. Od drewnianego piórnika organizm miałem tak zaprawiony, że śmiechem zareagowałem na pieczenie, które mi sprawiła owa pałka.

Byliśmy bici, ale własnych dzieci staramy się nie bić. Czasem komuś zdarzy się wpaść w nerwy i dziecku dać klapsa, ale potem bardzo żałuje, że to zrobił. Wszyscy zgadzamy się, że bicie dzieci wykrzywia ich psychikę, łamie charakter, niszczy osobowość, wpędza w lęki. Wiemy o tym dobrze, dlatego nie bijemy. Ale co z nami, bitymi? Czy to normalne, że z rozrzewnieniem wspominamy, jak sami byliśmy bici? Czy coś z nami nie tak, skoro snujemy martyrologiczne opowieści o paskach, kablach, smyczach, piórnikach, kijach, pałkach… (niesamowite, ile rzeczy służyło kiedyś do bicia)? Czy to źle, że czujemy się kombatantami?

Artur Barciś w szkole

2009/11/13, piątek

Gościliśmy w naszym liceum Artura Barcisia i naprawdę wyśmienicie się bawiliśmy. Młodzież co chwila biła brawo, śmiała się, spontanicznie reagując na wystąpienie aktora. Warto było zaprosić tego artystę do szkoły. Bawili się także nauczyciele (szkoda, że nie wszyscy byli).

Ze sławnymi osobami różnie bywa. Niektórych lepiej do szkoły nie zapraszać, ponieważ potrafią zepsuć kilka lat pracy wychowawczej. Na przykład nagadają młodzieży, że w życiu liczy się tylko kasa, trzeba mieć plecy, opłaca się być cwaniakiem, wozić się na innych, samemu kombinować, a innych robić w konia.

Artur Barciś opowiadał nie tylko bardzo śmiesznie, ale także mądrze. Mówił, jak ważna jest solidna praca (jak człowiek miesiąc wcześniej nauczy się roli, to nie musi się bać, że da plamę), że przy każdym zadaniu, nawet najdrobniejszym, trzeba włożyć maksimum wysiłku, gdyż podejście do obowiązków jest wizytówką aktora. Mówił, jak ważna jest współpraca z kolegami w zespole, że najwięksi indywidualiści i najwybitniejsze osobowości powinny umieć współpracować, że trzeba się docierać z ludźmi, dostrzegać innych, a nie tylko siebie.

W ogóle Barciś mówił wiele mądrych rzeczy, a przy tym wcale nie nudził. Można się od niego uczyć, a mam na myśli siebie i innych nauczycieli, jak mówić młodzieży o ideałach. Poza tym warto było zobaczyć, jak aktor śmieje się z siebie, jak fantastyczny ma dystans do swoich ewentualnych wad, co powoduje, że nikt tych wad nie widzi, za to dostrzega mnóstwo zalet. Niestety, nauczyciele często bywają drażliwi na punkcie lekceważenia ich przez uczniów. Dość często słyszę w szkole, że ktoś kogoś zlekceważył i z tego powodu wybucha afera. Dyrekcja czuje się lekceważona przez nauczycieli, nauczyciele przez uczniów i tak w koło Macieju. Spotkanie z Barcisiem leczy mnie z tych negatywnych uczuć, gdyż pokazał on, jak miłe jest życie, gdy ma się w nosie wszelkie lekceważenie. Róbmy swoje, solidnie, ale bez niepotrzebnego zadęcia, a lekceważenie nie będzie nas dotykało. Fajny facet z tego Barcisia. Uważam, że na spotkanie z nim powinna przyjść cała rada pedagogiczna z dyrekcją na czele. Każdej szkoły, nie tylko mojej.

PS: Dziewczyny z III A, Joanna i Paulina, doskonale prowadziły spotkanie z Arturem Barcisiem. Brawo!

Polska szkoła krzyżem stoi

2009/11/12, czwartek

Zdjęcie krzyży ze szkolnych ścian nie uczyni z nas społeczeństwa świeckiego ani nie zamieni szkół w świeckie placówki. Edukacja jest bardzo mocno przesiąknięta religijnością. Jeden zdjęty krzyż wiosny nie czyni. Należałoby zrobić o wiele więcej, np. zlikwidować ceremonie religijne w szkole (dzielenie się opłatkiem, jajeczkiem, śpiewanie kolęd, wysłuchiwanie błogosławieństw księży itd.).

Co nas czeka, gdy zaczniemy wojnę o krzyż? Na razie krzyż sobie wisi, a ludzie mają go gdzieś. Ściągają, oszukują, kłamią, używają brzydkiego słownictwa, dokuczają sobie, są agresywni, a wszystko to w cieniu krzyża. Krzyż niby jest, ale żyjemy sobie w szkole tak, jakby go wcale nie było. Bywa, że i wódkę się pije w cieniu krzyża, chociaż bez wiedzy dyrekcji. Krzyż w szkole znaczy dzisiaj tyle co nic.

Co innego religijne ceremonie. Te są częste, wszechobecne i nachalne. Jak ktoś nie chce w nich uczestniczyć, uczeń bądź nauczyciel, to ma problem. Uczniowie przed Bożym Narodzeniem tygodniami ćwiczą się w śpiewaniu kolęd. Wszystko to piękne i ładne, ale bardziej pasuje do szkółki parafialnej niż do liceum w XXI wieku.

Uważam, że nie od zdejmowania krzyży należy zaczynać walkę o świeckość publicznych szkół, lecz od kontroli, ile czasu uczniowie marnują na udział w religijnych ceremoniach. Gdy młodzież chce iść do kina czy teatru, to tylko po godzinie 13. Wcześniej dyrekcja nie pozwala (wyjątki bardzo rzadkie). Natomiast udzielanie się w religijności nie zna żadnych granic. Zresztą młodzież lubi te ceremonie, wprost uwielbia śpiewać kolędy, dzielić się opłatkiem, opowiadać o papieżu i jeździć na wycieczki do miejsc kultu. Na razie trochę w tym pobożności, ale najwięcej folkloru.

Gdy zaczniemy zdejmować krzyże, uświadomimy młodzieży, że to nie folklor, lecz światopogląd, za który warto walczyć. Kto zagwarantuje, że młodzież opowie się przeciwko krzyżom? Dlatego uważam, że nie od krzyży trzeba zaczynać, bo ukręcimy bicz na siebie. Zamiast pożądanej świeckości będziemy mieli Radio Maryja, np. w głośnikach szkolnego radiowęzła. Ja sam nigdy z uczniami nie dyskutuję o krzyżu, bo jeszcze gotowi są sobie przypomnieć, że wisi. A tak wprawdzie wisi, ale tak, jakby nie wisiał. Zdarzyło się jakieś dwa-trzy lata temu, że ktoś ubrudził krzyż i poprzyczepiał na nim jakieś śmieci, a żaden uczeń tego nie zauważył. W końcu, gdy obrzydł mi ten widok, zdjąłem krzyż razem z całym śmietnikiem (i nigdy już nie powiesiłem). Uczniowie tak jak nie widzieli, że krzyż wisiał, tak nie zauważyli, że już nie wisi. Teraz pewnie by zauważyli, bo mamy w kraju aferę.

Skończmy z obchodzeniem świąt religijnych w szkołach, argumentując, że to zabiera czas potrzebny na naukę. Zresztą wystarczy, aby dyrekcja wydała polecenie, że wszelkie uroczystości religijne, np. dzielenie się opłatkiem czy śpiewanie kolęd, w szkole mogą odbywać się po lekcjach, najwcześniej po godzinie 13. Także przygotowywanie się do świąt nie może odbywać się w czasie lekcji. Zobaczymy, ile osób zechce dzielić się opłatkiem po lekcjach. Obecnie jest tak, że na opłatek poświęca się cały dzień (przepada około ośmiu lekcji), a na przygotowania do kolęd wiele dni. Krzyż na ścianie to naprawdę mniejszy problem.

Jak etyka pomaga religii?

2009/11/11, środa

Odkąd w szkole mamy etykę, więcej osób chodzi na lekcje religii. Nawet księża zauważyli ten wzrost. Rozmawialiśmy, że dla wszystkich stron byłoby korzystne, gdyby etyka była we wszystkich klasach. Na razie mają ją tylko pierwszoklasiści, a pozostali nie. Efekt jest taki, że na religię nie chodzi mnóstwo drugo- i trzecioklasistów. Nie byłoby aż takiej absencji, gdyby także dla nich wprowadzono etykę. Jak uczniowie na jakąś lekcję muszą chodzić, tj. albo na religię, albo na etykę, to o ile są katolikami, przeważnie wybierają religię. Gdy natomiast mają wybór: albo religia, albo wolne, to częściej rezygnują z religii. Pokusa wyjścia ze szkoły jest bardzo silna.

Na lekcje etyki przychodzi do mnie około 25 uczniów, tj. co siódmy. Na religię nie chodzi zatem ok. 14 procent pierwszoklasistów. Natomiast w starszych klasach układ jest zupełnie inny. Są klasy, szczególnie drugie, gdzie z religii nie korzysta 40 procent uczniów. Ponieważ religia często jest na pierwszej i ostatniej lekcji, wolą dłużej pospać oraz szybciej wyjść ze szkoły. Mówię tylko o uczniach, którzy oficjalnie wypisali się z religii. A ile osób faktycznie nie chodzi? Gdy kilka osób nie chodzi na religię, a etyki w szkole nie ma, wtedy działa to demoralizująco na pozostałych uczniów. Ze szkoły wychodzi kilka osób, a na doczepkę idą z nimi także ci, którzy powinni udać się na religię. I tak zbiera się całkiem pokaźna grupa wagarowiczów.

Księża nieraz przymykają oko na ucieczki, jak to się mówi, okazują łaskę grzesznikom. Co innego, gdy jest także etyka. Jak ktoś nie chodzi na religię, to staram się go wychwycić i przymusić do wyboru: albo do mnie, albo do księdza - innej drogi nie ma. Jak musi zostać w szkole, to już woli religię (bo mu się do czegoś przyda). Dla pasjonatów, wolnomyślicieli, zbuntowanych i niekatolików jest etyka.

Układ religia albo nic demoralizuje uczniów. Natomiast układ religia albo etyka dyscyplinuje młodzież. Uczy odpowiedzialności za dokonany wybór. Religia bez etyki prowadzi do tego, że młodzież zaczyna iść po najmniejszej linii oporu. Rezygnuje z religii, wierząc, że jakoś to będzie. Etyka wprowadza porządek w szkole, nie jest więc ona żadną konkurencją dla religii, lecz partnerem. Gdyby wszyscy księża byli tak mądrzy i rozsądni jak ci, którzy pracuję w mojej szkole, już dawno żądaliby wprowadzenia etyki obowiązkowo dla wszystkich uczniów, którzy nie chodzą na religię.

Komu potrzebne jest Święto Niepodległości?

2009/11/10, wtorek

W moim liceum coraz mniej uroczystości, święta nijakie. Są jeszcze klasy, które biorą udział w akademiach ku czci, ale już nie tak chętnie i nie tak powszechnie jak dawniej. Właściwie to na akademiach bardziej zależy nauczycielom, szczególnie starszym, niż młodzieży. A przecież jeszcze kilkanaście lat temu każdy powód był dobry, aby tylko przepadły zajęcia. Uczniowie rwali się do wszystkiego, co gwarantowało wyjście z lekcji.

Teraz jest inaczej. Uczniowie sami decydują, na które lekcje chodzą, więc nie potrzebują akademii, aby na czymś nie być. Wystarczy powiedzieć rodzicom, że nie chcą iść na jakiś przedmiot, a rodzice dzwonią i zwalniają albo piszą usprawiedliwienia. Większość uczniów chodzi na lekcje przedmiotów maturalnych, a na pozostałe tylko wtedy, gdy trzeba zdobyć ocenę. Nieobecności na pierwszych i ostatnich lekcjach to norma, coraz częściej zdarzają się też wyjścia w środku dnia, np. po to, aby pouczyć się do sprawdzianu, który będzie za godzinę. Uczeń zwalnia się, że idzie do lekarza, a tak naprawdę siedzi w bibliotece i uczy się do klasówki.

Dawniej rodzice nie zwalniali dzieci z lekcji pod byle pretekstem, więc akademie były potrzebne. W szkołach kwitł patriotyzm. Gdy rodzice przestaną zwalniać dzieci z lekcji, wtedy odżyje miłość do ojczyzny i pragnienie świętowania każdej rocznicy. Uczniowie będą się rwać do udziału w akademiach, będą uczyć się pieśni patriotycznych, będą robić dosłownie wszystko, aby tylko wyjść z lekcji. Teraz mogą wychodzić, kiedy chcą, więc nie mają żadnego powodu, aby kochać ojczyznę i dni święte święcić. Bo czyż patriotyzm, szczególnie dzieci, może być bezinteresowny?

Zastępstwa sensowne i bezsensowne

2009/11/9, poniedziałek

Gdy wchodzę na zastępstwo, uczniowie zadają mi pytanie, czy planuję coś z nimi robić. Dawniej też o to pytano, ale nie tak bezpośrednio. Zwykle proszono, abym pozwolił im się przygotować do następnej lekcji. Ja wtedy odmawiałem, oni usilnie prosili, przedstawiali - w stylu iście gombrowiczowskim - masę argumentów, że nie mogę lekcji prowadzić. W końcu, w zależności od siły uczniów, dawałem im pięć, dziesięć bądź piętnaście minut, a pozostałą część czasu wykorzystywałem na realizowanie tematu.

Teraz klasy dzielą się na te, w których bez problemu można zrealizować temat na zastępstwie (klasy własne oraz mające język polski na poziomie rozszerzonym), oraz na te, w których nie można zrealizować tematu (klasy, którym język polski podobno jest do niczego niepotrzebny). Chodzenie na zastępstwa do obcych klas niehumanistycznych mnie krępuje, ponieważ czuję, że żadnego tematu nie realizuję. Dlatego uważam, że na zastępstwa powinno się chodzić albo do własnych klas, albo według specjalności-profilu, tzn. do humanistycznych niech chodzą nauczyciele humaniści, do biologiczno-chemicznych - biolodzy i chemicy, do matematyczno-fizycznych - fizycy i matematycy itp. Inaczej zastępstwo jest zmarnowane.

W szkole realizujemy ideę, że za polonistę wchodzi polonista, a za matematyka - matematyk itd. Chodzi o to, aby lekcje się nie marnowały. Niestety, ta metoda dobrze wygląda tylko w dokumentacji, natomiast w rzeczywistości się nie sprawdza. Idę więc do klasy obcej, która ma w nosie język polski, i już na wejściu ludzie proszą mnie, abym nic nie robił, bo muszą przygotować się do sprawdzianu z przedmiotu, KTÓRY JEST IM BARDZO POTRZEBNY. Ja nie spełniam ich prośby, oni wściekli, więc tylko udają, że słuchają. Tak naprawdę mają w nosie mnie i mój przedmiot.

Podobnie sprawy się mają, gdy poloniści zastępują mnie, np. w klasie niehumanistycznej. Wiem, że temat został zrealizowany. Jednak uczniowie uparcie twierdzą, że niczego nie było albo że “pani coś tam gadała”. W każdym razie lekcja zmarnowana, chociaż w dokumentacji tego nie widać.

Na zastępstwa wydaje się mnóstwo pieniędzy, dlatego nauczyciele czują się zobowiązani sumiennie prowadzić lekcje. Władza narzuca system za polonistę - polonista, za matematyka - matematyk itd., który wcale się nie sprawdza. Uważam, że o wiele lepszym rozwiązaniem jest, gdy na zastępstwa wchodzą nauczyciele przedmiotów wiodących w danej klasie. Wtedy uczniowie czują, że lekcja im się przyda, np. do matury z ważnego dla nich przedmiotu.

Alarm przeciwpożarowy

2009/11/7, sobota

Mieliśmy ostatnio kilka pożarów w Łodzi. Nic dziwnego, że dyrekcja zaplanowała nam ćwiczenia przeciwpożarowe. Jak to zwykle bywa w takich wypadkach, wieść o planowanej ewakuacji zaczęła być przekazana z ust do ust, więc w końcu dowiedziała się o niej cała szkoła. Ponieważ na zewnątrz było zimno, prawie wszyscy pobiegli po kurtki. Gdy dyrekcja zobaczyła, jak uczniowie walą do szatni, ubierają się i w kurtkach idą na lekcje, wpadła w panikę. Jak my będziemy wyglądali przed strażą pożarną, gdy ewakuujemy się z budynku ciepło ubrani? Wiadomo będzie, że wszyscy wiedzieli o próbie i się do niej przygotowali. A próba zapowiedziana to żadna próba.

Przyznaję się, że powiedziałem niektórym uczniom o planowanych ćwiczeniach. Uznałem, że skoro ja wiem (przyszedłem na lekcję w kurtce), to oni też mają prawo wiedzieć. Jak by to wyglądało, gdyby nauczyciel był ciepło ubrany, a jego uczniowie trzęśliby się z zimna? Musiałem powiedzieć. Zapewne inni nauczyciele kierowali się podobnymi pobudkami, gdyż w końcu w szkole nie było osoby, która nie wiedziałaby o alarmie.

Dyrektor alarm odwołał. Część młodzieży podobno pobiegła na boisko, mimo że nie było dzwonka. Ludzie byli pewni, że będzie alarm, więc pobiegli. Szef był zły na nas, że poinformowaliśmy uczniów. Także uczniowie otrzymali reprymendę za to, że poszli po kurtki. Ja jednak nie czuję się winny. Jeśli ktoś mnie po przyjacielsku uprzedza o alarmie, to musi się liczyć, że ja uprzedzę po przyjacielsku osoby, do których czuję sympatię. Podobnie zachowali się inni ludzie, dlatego o ćwiczeniach wiedzieli wszyscy. Jeśli rzecz ma być utrzymana w tajemnicy, nie należy o niej powiadamiać nikogo. Niech wie o alarmie tylko dyrekcja i straż pożarna, a wtedy jest nadzieja, że zostaniemy zaskoczeni. Ja ze strachu przed nagłym alarmem postanowiłem ubierać się cieplej (na tzw. cebulkę). Inaczej przeziębienie gotowe. A jak człowiek zacznie chorować i pójdzie na zwolnienie, to dyrekcja też będzie zła. I jak tu zadowolić przełożonych?

Matury próbnej nie zobaczycie

2009/11/6, piątek

Arkusze próbnej matury nie wrócą do szkół, uczniowie poznają tylko wyniki (zob. info) Decyzja OKE rodzi podejrzenia, że coś się musi za tym kryć. Dlaczego uczniowie nie mogą zapoznać się z uwagami egzaminatorów? Dlaczego nie mogą zobaczyć, jak zostały sprawdzone poszczególne zadania? Dlaczego nie mogą przyjrzeć się swoim wysiłkom, aby pojąć, co zrobili źle, a co dobrze? Jaki jest sens organizowania próbnej matury, wydawania olbrzymich pieniądzy na to przedsięwzięcie, skoro potem nie udostępnia się materiałów uczniom? Komu ma służyć próbna matura? Urzędnikom?

Informacja, że uczeń zdał na 40 procent albo na 60, to żadna informacja. Uczeń potrzebuje czegoś więcej. Dlatego potępiam działanie OKE, która postanowiła zatrzymać arkusze dla siebie. Najpierw powinna je oddać uczniom, a potem - jeśli taka potrzeba - może otrzymać je ponownie. Tylko po co? Do archiwum? Po co gromadzić próbną maturę? Czy to jakiś dokument? Psu na budę taka próba, która ma służyć urzędnikom, a nie uczniom.

Zatrzymanie arkuszy rodzi podejrzenia, że OKE uprawia nieczystą grę. Dlaczego nie chce pokazać jakości pracy egzaminatorów? Co się kryje w arkuszach, że nie powinno się ich oglądać? Jeśli OKE nie chce oddać arkuszy z matematyki, bo się boi, to co sądzić o arkuszach z języka polskiego? Uważam, że powinna powstać niezależna komisja ekspertów do skontrolowania, jak jest sprawdzana matura. OKE nie bez powodu ukrywa efekty swojej pracy. Oj, byłaby afera, gdybyśmy te arkusze zobaczyli. Czy o to chodzi?

Uczniom nie pozostaje nic innego, jak masowo szturmować budynki OKE i żądać pokazania arkuszy. Nie chcą urzędnicy oddać, to niech przynajmniej pokażą. Gdyby każde regionalne biuro OKE zostało otoczone przez dziesięć tysięcy maturzystów, żądających pokazania arkuszy próbnej matury, runęłyby mury tych instytucji. Uważam, że o decyzji OKE należy trąbić na prawo i lewo. I to bardzo głośno, aby naprawdę runęły te mury Jerycha. Decyzja bardzo głupia, podszyta strachem i szkodliwa. OKE, zamiast służyć edukacji, niszczy ją. Zgroza!

Na kiedy przenieść maturę?

2009/11/5, czwartek

Matura wcale nie musi być w maju. A kiedy? W Gdańsku proponują czerwiec (zob. info), a mnie się wydaje, że jeszcze lepszym terminem byłaby druga połowa czerwca i początek lipca. Matura powinna odbywać się po zakończeniu nauki we wszystkich klasach. Klasy pierwsze i drugie miałyby już wakacje, a trzecie podchodziłyby do matury.

Gdyby rok szkolny w liceach i technikach trwał do Bożego Ciała, skończyłby się bałagan związany z organizacją egzaminu maturalnego. Nauczyciele pracowaliby w pocie czoła do połowy lipca, mieliby zatem 6-tygodniowe wakacje. Egzaminatorzy sprawdzający prace pracowaliby w wakacje, czyli podczas swojego urlopu (za dodatkowe pieniądze, tak jak jest obecnie), a nie w weekendy. Teraz ludzie tyrają po kilkanaście godzin przez trzy weekendy i przychodzą sflaczali na lekcje. Czy pracują wydajnie? Śmiem wątpić.

Nauka w liceach trwa trzy lata, z tego co najmniej po miesiącu należy odjąć w pierwszej i drugiej klasie na matury klas trzecich (młodszym przepada mnóstwo lekcji). Nauka w ostatniej klasie jest skrócona - kończy się kwietniu. A zatem faktycznie nauka w liceum trwa nie trzy lata, tylko dwa i pół. Wystarczy, aby przygotować młodzież do matury, ale na zrealizowanie czegoś więcej to zdecydowanie za mało.

Gdyby matura była w drugiej połowie czerwca i na początku lipca, wyniki byłyby w połowie sierpnia. Wtedy ruszałby nabór do szkół wyższych - skończyłyby się więc długie wakacje pracowników uczelni. Po 15 sierpnia wracaliby do pracy - przynajmniej ta część, która została zatrudniona przy naborze. I problem z wakacjami, które tak kłują w oczy ludzi spoza szkolnictwa, by się skończył. I wiele innych problemów - jak np. czteromiesięczne wakacje absolwentów, którzy nie wiedzą, co w tym czasie ze sobą zrobić.

Czy są jakieś wady tej propozycji?

Ścieżki edukacyjne zamknięte, EWD otwarte

2009/11/4, środa

Po dziesięciu latach funkcjonowania ścieżki edukacyjne zostały zamknięte. Takie przynajmniej ogłoszenie wisi w pokoju nauczycielskim mojego liceum, a dyrekcja potwierdza, że to prawda i oficjalna decyzja władz. Odetchnęliśmy z ulgą, ponieważ ścieżki napsuły nam wiele krwi. Nie trzeba już realizować międzyprzedmiotowych programów zdrowotnych, medialnych, filozoficznych i innych. Można, ale nie trzeba.

Otwarcie było szumne, ale zamknięcie ciche. MEN wycofuje się ze ścieżek tak niewyraźnie, że można nie zauważyć. A przecież był to narodowy program lepszej edukacji. Ścieżki, jak pamiętamy, miały zapewnić dzieciom nabycie umiejętności, jakich w ramach zwykłych przedmiotów nie sposób nauczyć. Teraz z tego rezygnujemy - i dobrze - ponieważ ktoś wreszcie zauważył, że ścieżki zapewniały umiejętności przede wszystkim na papierze (zapisy w dziennikach są wręcz mistrzowskie).

Trochę mi żal ścieżek, ponieważ sporo mnie kosztowały. Uczestniczyłem w kursach doskonalenia (płatnych i bezpłatnych, tzn. płaciło miasto), spędziłem wiele godzin na radach pedagogicznych, podczas których opracowywaliśmy programy ścieżek, wdrażałem i ewaluowałem. Czego ja nie robiłem ze ścieżkami? Właściwie wszystko, co mi szef kazał, a kazał wiele i często. I teraz to się skończyło.

Stare się skończyło, ale przecież idzie nowe. Teraz MEN wprowadza EWD (edukacyjną wartość dodaną). Znowu trzeba będzie się szkolić, płacić z własnej kieszeni i wyciągać pieniądze z budżetu miasta. Znowu trzeba będzie siedzieć godzinami na radach i wymyślać procedury badania EWD, sprostania EWD, podniesienia wyników, wdrożenia dzieci itd. (jeszcze nie zostałem przeszkolony w tej materii, więc nie mam pełnego obrazu, co nas czeka). Szkoła zapewne zakupi sporo zbiorów testów, niezliczoną ilość publikacji, wydrukuje masę tabel z internetu - a nauczyciele będą to wszystko chłonąć, przerabiać i opracowywać.

Jak długo będzie EWD? Jestem pewien, że do czasu, aż wszyscy, co mieli zarobić na nowym pomyśle, zarobią. Wtedy EWD się skończy, zostanie po cichu wycofana ze szkół, a przyjdzie coś nowego - kolejna okazja dla ekspertów do wydojenia budżetu i zrobienia nauczycieli oraz uczniów w balona. Będzie podobnie jak ze ścieżkami - bo w edukacji tak jest zawsze, że głośnemu początkowi odpowiada cichy koniec. A tak być nie powinno - koniec ścieżek należy odtrąbić i całą sprawę zamknąć z wielkim hukiem. Jak nie będzie porządnego pogrzebu starych idei, nie ma szans, aby nauczyciele zaufali nowym pomysłom MEN.

Logika próbnej matury

2009/11/3, wtorek

Sens próbnej matury z matematyki wymaga wyjaśnienia, zanim zostaną ogłoszone wyniki. Inaczej uczniowie mogą się dowiedzieć, że napisali źle nawet wtedy, gdy napisali dobrze.

Jeśli bowiem osiągną dobre wyniki, to znaczy, że są matematykoholikami, a zatem nie mogą spodziewać się dobrych wyników z innych przedmiotów. Wielka szkoda, że próba została ograniczona tylko do matematyki. A co z innymi przedmiotami maturalnymi?

Jeśli wyniki będą złe, to znaczy, że uczniowie są leniami, tępymi bezmózgowcami, czyli nie zasługują na to, aby mieć maturę. Zresztą gromy posypią się także na nauczycieli za to, że uczą, ale nauczyć nie potrafią. Co z tą szkołą? - zaczną pytać autorytety i nieautorytety.

Najlepiej dla wszystkich, gdy uczniowie napiszą ani dobrze, ani źle, tylko przeciętnie. Wtedy każdy będzie usprawiedliwiony (przeciętnie, bo uczył się także polskiego czy angielskiego) i zachęcony (trzeba jeszcze popracować nad tym i owym). Nauczyciele też będą spokojni (braki nadrobią), rodzice szczęśliwi (dziecko nie jest głupie, liczyć umie, ale innych przedmiotów nie zaniedbuje).

Mam nadzieję, że uczniowie rozumieją, iż przeciętność popłaca. Dać z siebie wszystko to można na właściwym egzaminie, a na próbie lepiej pół na pół. Za dobrze źle, za słabo też niedobrze. Idealny wynik to dwa plus i trzy mniej, czyli 40-50 procent. Niech nikt nie podskakuje wyżej ani nie opada na dno, bo w szkole będzie tsunami. Albo załamią się nauczyciele innych przedmiotów maturalnych i dołożą uczniom roboty, albo zdenerwują się matematycy i też dołożą roboty. Przeciętność gwarantuje normalność i spokojny rytm pracy.

EWD, czyli szkoła na złom

2009/11/2, poniedziałek

Opinię prof. Marii Dudzikowej o EWD powinno się wywiesić w pokojach nauczycielskich, przedstawić uczniom oraz ich rodzicom (zob. wywiad z uczoną z Poznania). Przypomnę, że EWD - nowe dziecko MEN - to edukacyjna wartość dodana, kolejny sposób mierzenia jakości szkół. Profesor nie pozostawia suchej nitki na tej metodzie:

“Najpierw ocenię, jaką wartość ma edukacyjna wartość dodana. Ona nie mierzy wiedzy uczniowskiej, tylko porównuje wynik jednego testu z drugim! Gdybyśmy założyli, że egzaminy są świetne, wtedy moglibyśmy powiedzieć, że EWD mierzy wiedzę. Niestety system egzaminowania uczniów jest chory, pozbawia ucznia myślenia, każe mu wkuwać na blachę, zmusza do ściągania, korepetycji. Sam dyrektor CKE ogłosił, że system egzaminów jest “głupi, niedoświadczony, słaby”. Także minister Hall twierdzi, że doprowadza on do patologii i chce go zmienić. Więc EWD mierzy coś, co jest wmurowane w chory system. To jest wciskanie kitu.”

Dowiaduję się, że kolejne szkoły przechodzą na EWD, czyli na pilne rozwiązywanie testów. Tylko uczenie tą bzdurną metodą gwarantuje, że uczeń na wyjściu ze szkoły będzie lepszy niż na wejściu. Będzie lepszy w rozwiązywaniu testów.

Jak moja szkoła przejdzie na EWD, to na pierwszej lekcji polskiego rozdam uczniom po sto testów, każę założyć teczkę z testami i będziemy po kolei je rozwiązywać. Jak klasa będzie miała poziom rozszerzony, to podwoję liczbę testów i sprawa załatwiona. Tak naprawdę to poloniście o wiele łatwiej jest uczyć pod testy, niż szerzyć kulturę, propagować czytelnictwo czy rozwijać zrozumienie literatury. Ćwiczenie uczniów w rozwiązywaniu testów wymaga od nauczyciela wyłącznie znajomości klucza rozwiązań (wydrukuję go sobie wraz z testem). Także uczniowie wiedzą, czego się uczyć - klucza na pamięć. Edukacyjny idiotyzm, czyli - zdaniem MEN - ideał.

Szkołom wciska się kit co najmniej od czasu ministra Handkego. Może wcześniej też wciskano kit, ale nie tak oczywisty. Aż strach pomyśleć, jakie kwalifikacje zdobędą uczniowie po przejściu szkół na EWD. Prof. Dudzikowa tak to widzi:

“Przypomina mi się anegdota: pewna kobieta z dzikich rejonów Finlandii wyrusza do cywilizowanego świata w poszukiwaniu pracy jako gospodyni. Trafia do jednego domu i okazuje się, że nie umie obsługiwać pralki, zmywarki, żadnych kuchennych sprzętów. Zdenerwowana gospodyni pyta, co tak właściwie potrafi robić. A ona z dumą odpowiada: potrafię doić renifery. Niech nauczyciele sami sobie odpowiedzą na pytanie, po co to robią. Niech się zastanowią, po co jest szkoła. Czy po to, by nauczyć rozwiązywać testy, czy po to, by uczyć żyć w tym coraz bardziej skomplikowanym świecie.”

Dopóki nie uporządkuje się systemu egzaminów, należy wstrzymać się ze stosowaniem EWD. Dudzikowa tak ocenia uczenie pod testy:

“Ucznia bardziej wychowują korepetytorzy niż polonista, który nie ma czasu na to, by poprzez lektury szukać odpowiedzi na ważne dla młodego człowieka pytania. On “przerabia” tylko teksty z myślą o sprawdzianie kompetencyjnym, którego wyniki w “wyścigu szczurów” mają decydującą rolę. Rodziców nie interesuje, czego dziecko się nauczyło, tylko czy to będzie na testach. Wizytatorzy sprawdzają, czy szkoła stworzyła obowiązkową górę papierów, bo papier, a nie jego rozwój dla władz się liczy. A nauczyciel, który wie przecież, że uczeń musi się rozwijać, już dawno stracił poczucie bezpieczeństwa.”

Ciekawe, co na to inni uczeni pedagodzy.

Komu potrzebne są korepetycje?

2009/10/30, piątek

Moja czteroletnia córka zaczęła korzystać z korepetycji, ponieważ uznałem, że tego potrzebuje. Nie nauczyła się dobrze mówić w domu, nie poprawiła mowy w przedszkolu, dlatego uznałem, iż musi chodzić na płatne lekcje do logopedy. Dzięki korepetycjom w ciągu roku opanuje umiejętności, które w normalnym trybie nauki - w przedszkolu i w domu - nabyłaby po pięciu latach. Ponieważ nie opłaca mi się czekać, a poza tym im szybciej dziecko poprawi braki, tym lepiej przygotowane wejdzie w następny etap nauki, korzystam z korepetycji.

Jako nauczyciel liceum publicznego oferuję swoim uczniom określoną liczbę ćwiczeń w ramach przyznanego mi limitu godzin. Jeśli uczeń ma wadę wymowy, a mam takie osoby, którzy bełkoczą i seplenią, mogę mu poświęcić ograniczoną ilość czasu na ćwiczenia. Niestety, wady nie skoryguję. Powinien skorzystać z prywatnych lekcji wymowy. Inni moi uczniowie nie potrafią logicznie myśleć, mają problemy z pamięcią, z koncentracją, nie potrafią ze zrozumieniem przeczytać prostego tekstu publicystycznego - powinni korzystać z dodatkowych ćwiczeń. Są uczniowie, którym trzeba tłumaczyć, podawać znaczenie wielu słów (np. “nostalgia”, “ironia”, “kurtuazja”, “wytworny”, “stabilizacja”, “rubaszny”, “konwencja”, “pupil” - to przykłady z kilku ostatnich dni). Osoby, które mają ograniczony zasób słownictwa, powinny korzystać z dodatkowych ćwiczeń. Kilka minut moich wyjaśnień to za mało. Przydałyby się korepetycje.

W liceum wciąż uzupełniam braki - braki wyniesione z domu (np. błędy wymowy), będące skutkiem lenistwa (np. orientuję się, że uczeń nie czytał książek), powstałe na poprzednim etapie nauki (np. w szkole podstawowej). Im więcej braków, tym mniejsza szansa, że poprawię wszystko. Im bardziej zajmę się wyrównywaniem braków, tym większe ryzyko, że nie zrealizuję tego, co przewidziane liceum. A zatem nie uzupełniam wszystkich braków, liczę bowiem, iż uczeń otrzyma pomoc od rodziców, innych krewnych albo weźmie korepetycje, ewentualnie sam popracuje nad sobą (np. weźmie się za przeczytanie książek, których dotąd nie przeczytał). Jak uczniowi nie zależy na czasie i na wynikach, to może uzupełnienia braków rozłożyć na kilka lat i w końcu sam siebie uczyni mistrzem. Komu jednak zależy na szybkich i znaczących postępach, ten musi korzystać korepetycji.

Posyłam swoją córkę na korepetycje i nie mam do nikogo pretensji, najwyżej do siebie. Niestety, brakuje mi czasu, aby ćwiczyć z nią mówienie, dlatego zatrudniam logopedę. Myślę, że wielu rodzicom brakuje czasu na szkolenie własnych dzieci od niemowlęctwa, dlatego muszą korzystać z pomocy profesjonalistów. Wprawdzie przedszkole mojej córki oferuje szereg ćwiczeń językowych (piosenki, wierszyki), ale taka porcja wystarczy Karolinie i Tomkowi, a Wiktorii już nie. Pozostają korepetycje. Oczywiście mógłbym krzyczeć, że płacę podatki, więc pani przedszkolanka powinna uczyć moje dziecko mówić aż do skutku. Mógłbym tego wymagać, gdyby z moich podatków pani przedszkolanka była godnie opłacana. Tak jednak nie jest. Więc po co mam na nią krzyczeć?

W moim liceum mam po 32 uczniów w klasie. Każdy powinien zostać dobrze przygotowany do matury. MEN twierdzi, że liczba uczniów nie ma wpływu na wyniki nauczania. Dziś w klasie IIE nie było 5 osób, w tym kilkoro trudnych uczniów. Wykorzystałem czas i zrealizowałem bardzo trudny temat, a poszło mi jak z płatka. Nawet sprawdziłem, czy uczniowie zrozumieli i się nauczyli - było rewelacyjnie. Niestety, gdy na lekcji będzie komplet, uda mi się zrealizować zaledwie skromną cząstkę tego, co powinienem. Należałoby zatem usunąć z klasy ową piątkę, a najlepiej jeszcze kilka osób, a wtedy korepetycje nie będą potrzebne. Jeśli jednak w szkołach i przedszkolach publicznych będzie tak, jak jest (np. liczne klasy, uczniowie z potężnymi brakami), ratunkiem są korepetycje: i to od przedszkola aż do doktora. Udzielałem korepetycji nawet osobom, które przygotowywały się do obrony pracy doktorskiej. Ludzie mieli takie braki, że promotor nie był w stanie im pomóc. I co, krzyczeć na promotora?

Dlaczego dobre szkoły stają się złe?

2009/10/29, czwartek

Tekst Marcina Markowskiego “Jak mój syn tracił czas w elitarnej szkole” daje do myślenia (zob. materiał). Chciałbym - z perspektywy nauczyciela uczącego w dobrym liceum, w pewnym sensie elitarnym - odpowiedzieć na pytanie, dlaczego dobre szkoły stają się złe. Najlepiej na własnym przykładzie, po co bawić się w teoretyzowanie.

Mieliśmy przedwczoraj radę pedagogiczną poświęconą omówieniu wyników tegorocznej matury. Dyrekcja przygotowała nam opracowanie, z którego wynikało, że nieomal we wszystkich przedmiotach pobiliśmy o głowę średnie regionu łódzkiego oraz średnie ogólnopolskie. Oglądaliśmy słupki, które wznosiły się w niebo (wyniki naszej szkoły), a dużo niżej były wspomniane średnie krajowe. Niektóre przedmioty ocierały się o maksimum. Naprawdę byliśmy dumni z siebie i z naszych uczniów. Dowiedzieliśmy się też, że nieomal wszyscy tegoroczni absolwenci dostali się na dzienne studia w uczelniach publicznych (np. na prawo w Uniwersytecie Łódzkim aż 45 osób, czyli wszyscy, którzy chcieli).

Nikogo chyba nie dziwi, że spodziewaliśmy się od dyrekcji słów uznania. Niczego takiego jednak nie było, oprócz zdawkowych uwag. Zamiast tego kazano nam przygotować program naprawczy. Usiedli poloniści z polonistami, angliści z anglistami… i wymyślali program naprawczy. Sporo osób ogarnęła wściekłość i nie minęła do chwili obecnej. Zamiast słów uznania dostaliśmy nakaz wymyślenia programu naprawczego. Czyli schrzaniliśmy robotę. Nic dziwnego, że niektórzy mówili, iż mają wszystko gdzieś, mają dość takiego traktowania. Ja sam powiedziałem, że musi zdarzyć się w szkole tragedia, np. 30 procent nie zdaje matury i połowa nie dostaje się na żadne studia, aby dyrekcja zrozumiała, jaki błąd popełniła. A gdy jeszcze dowiedzieliśmy się z ust dyrekcji, że rodzice na nas skarżą (liczne telefony każdego dnia), to naprawdę mieliśmy już dość.

Zastanawiam się, ilu nauczycieli wypaliło się zawodowo po ostatniej radzie pedagogicznej. Ja na pewno potrzebuję pomocy psychologa i doradcy zawodowego, aby znowu chciało mi się chcieć. Zrozumiałem bowiem, że bez względu na wyniki dyrekcji tej szkoły zawsze będzie mało. I choćby wszyscy zdawali maturę na 100 procent i dostawali się bez problemu na najbardziej oblegane kierunki, szefostwo nadal nie będzie zadowolone. Zasugerowałem kolegom i koleżankom, że powinniśmy powiedzieć o naszych uczuciach dyrekcji, ale powiedzieli, że lepiej tego nie robić. Lepiej udawać, że jest OK., pracownicy szczęśliwi, bo można się narazić.

Każdemu nauczycielowi zależy na pracy w dobrej szkole, mnie też. Dlatego człowiek znosi z pokorą nawet największe upokorzenia. Jednak to nie pozostaje bez wpływu - w dobrych szkołach nauczyciele wypalają się o wiele szybciej niż w przeciętnych placówkach. Jednym z objawów wypalenia zawodowego jest “brak poczucia osiągnięć, niska samoocena, przeświadczenie, że nic nam się w życiu nie udało” oraz “uczucie pustki, zniechęcenia, braku sił i energii do działania. Nic nas nie cieszy” (zob. źródło). Cieszyłem się jak głupi wynikami moich uczniów, ale teraz jakoś mniej. Jeszcze kilka takich rad i będziemy mieli wypisane na twarzy, że jest nam wszystko jedno. A rodzice uczniów zaczną zachowywać się tak, jak opisana matka Kacpra: zabiorą dzieci do normalnych szkół, gdzie po dużym sukcesie nie wdraża się programu naprawczego, bo to rujnuje kadrę, a nie buduje. Uważam, że na wtorkowej radzie dyrekcja powinna otworzyć szampana i pogratulować nam sukcesu. A o programie naprawczym można mówić, gdy będą ku temu powody. Kto wie, może już za kilka lat, jak tak dalej pójdzie.

Śliwerski znika

2009/10/28, środa

Jestem stałym czytelnikiem blogu Bogusława Śliwerskiego, a ten znika. Profesor umieszcza bardzo interesujące wpisy (zob. blog), często perełki, ale gdy uzbiera się z nich materiał na książkę, drukuje go, a internetową wersję likwiduje. I to mi się nie podoba. Dawniej na blogu Pedagoga były wpisy z kilku lat, a teraz są tylko z dwóch ostatnich miesięcy. A pewnie i one niedługo zostaną usunięte i wprowadzone do druku. Profesor już wydrukował dwa tomy swoich wpisów i raczej na tym nie poprzestanie (zob. info o książce).

Kto daje i odbiera, ten się w piekle poniewiera. Jak się opublikowało coś w internecie, to niech już tu zostanie. Blog to nie jest pole ćwiczeń do napisania książki. A jeśli nawet komuś zależy na wersji drukowanej, to nie kosztem likwidacji materiału w sieci. Dlatego proszę, niech wpisy wrócą na swoje miejsce.

Prawdopodobnie profesor podporządkował się woli wydawnictwa, a ono obawia się, że książka nie sprzeda się, gdy wpisy będą dostępne w internecie. To błędne myślenie. Gdy coś jest w internecie, a szczególnie mi się podoba, drukuję to, aby poczytać w fotelu przy lampce wina. Gdy rzecz jest tak obszerna jak blog, to starsze wpisy z chęcią bym kupił w formie drukowanej, gdyż samodzielne drukowanie za drogo kosztuje. Poza tym książka to książka - tradycja i wyższa kultura. Jednak nie kupię książki, która zabija internet.  Nie będę popierać takiego procederu. Zapewniam, że kupiłbym, gdyby materiał był nadal w sieci.

List czworga

2009/10/27, wtorek

List otwarty do minister edukacji w obronie etyki w szkołach podpisały tylko cztery osoby - prof. dr hab. Jan Hartman (UJ), prof. dr hab. Jacek Hołówka (UW), dr hab. Magdalena Środa, prof. UW, prof. dr hab. Jan Woleński (UJ). Zastanawiam się, co to znaczy. Czy nikt inny nie chciał się podpisać, czy też listu nie dano nikomu innemu do podpisu? (zob. materiał)

List ww. profesorów to szczere złoto, inicjatywa doskonała, ale sygnowanie go tylko czterema nazwiskami to plucie na czołg. Od razu rodzi się pytanie, a co z resztą środowiska akademickiego? Czy innym profesorom jest obojętne, kto i czy w ogóle uczy etyki w szkołach? Jakie znaczenie ma gest czworga, gdy stanowisko innych osób jest niejasne. Jak widzę list otwarty podpisany przez tak małą grupkę, to od razu myślę o olbrzymiej rzeszy, która się pod nim nie podpisała. Więc co to za list? Co na to reszta ludzi nauki? Czy mają gdzieś etykę?

Nie oczekuję tłumów, ale przynajmniej kilkudziesięciu wyróżniających się uczonych by się przydało. List kółka brydżowego to naprawdę za mało. Do tego dwie osoby z UW i dwie z UJ - tylko dwa uniwersytety. A gdzie reszta uczelni? Dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane. Przydałby się list-głos środowiska akademickiego. Tylko czy innym profesorom się chce? A jak się nie chce, to może lepszy rydz niż nic.