Srebrne usta belfra

2010/02/8, poniedziałek

Nie tylko politycy plotą bzdury w językowo atrakcyjnej oprawie. To się zdarza każdemu, kto ma okazję mówić do grupy. A gdy ktoś codziennie zabiera publicznie głos, ten musi się potknąć i strzelić byka. Nic więc dziwnego, że także nauczyciele są srebrnouści.

W moim liceum dawniej na okrągło drwiono z błędów, jakie popełniają nauczyciele. Wyśmiewano belfrów na studniówkach (”Cisza, bo mam kupę do zrobienia” - powiedział fizyk), cytowano w gazetkach szkolnych (”Zapamiętajcie, że co druga świnia mieszka w Chinach” - powiedział geograf). Pamiętam, że numer “Prusaka” (gazetka naszego liceum) nauczyciele wyrywali sobie z rąk, aby poczytać, co koledzy wygadują na swoich lekcjach. A było tego zawsze kilka szpalt.

Obecnie na studniówkach królują inne tematy, także w gazetkach zrezygnowano z cytowania nauczycieli. Być może staliśmy się za mało innowacyjni w mowie, dlatego młodzież przestała z nas drwić. A może nikt już nie słucha tego, co i jak mówimy.

Ile trwają ferie zimowe?

2010/02/7, niedziela

W Łodzi ferie jeszcze się nie zaczęły, ale uczniowie już robią sobie wolne. Ten tydzień, ostatni przed feriami, może być najgorszy. W klasach drugich musiałem przełożyć sprawdziany na marzec, a klasie maturalnej nawet nie planowałem (w ostatnią środę frekwencja wyniosła 27 procent - obecnych 9 osób na 34). Tylko pierwsze klasy są zdyscyplinowane (obecność na poziomie 80 proc.). Pod względem frekwencji w tym tygodniu może być - jak mówią młodzi - masakra.

Uczniowie usprawiedliwiają się, że nie przychodzą do szkoły, ponieważ zajmują się gośćmi. Z innych województw, gdzie ferie już się rozpoczęły, przyjechali krewni i znajomi, więc wypada się nimi zająć. Nie można przecież iść na lekcje, a gościom kazać w tym czasie samotnie wędrować po obcym mieście? Także nie wypada pozostawić ich w domu przed komputerem albo telewizorem. Cieszę się, że moi uczniowie są gościnni. Jednak co stoi na przeszkodzie, aby przyjść razem z gościem na lekcję. Przyjmę wszystkie stworzenia, którymi zajmują się moi uczniowie. Można przyjść na polski zarówno z człowiekiem, jak i zwierzęciem.

Nieraz już gościłem ludzi (rzadziej zwierzęta) z całej Polski, którym zachciało się przyjechać do rodziny w Łodzi. Naprawdę nie ma żadnego powodu, aby nie przychodzić do szkoły, gdy człowiekowi zwaliła się na głowę familia bądź przyjaciele. Można przyjść i pokazać liceum. Przy okazji rozmów, jakie się wywiązują z gośćmi, okazuje się, że XXI LO nie takie złe. A zatem zapraszam uczniów, aby przyszli ze swoimi krewnymi na lekcje. Przecież dla nas w Łodzi ferie dopiero za tydzień. To nic, że późno zaczniemy, ale za to będziemy odpoczywać aż do marca.

Statut do poprawy

2010/02/6, sobota

Gdy coraz trudniej przychodzi przestrzeganie przepisów, trzeba je zmienić. W mojej szkole trwa wielkie poprawianie statutu. Wszyscy mają prawo wziąć w tym udział, ale tylko nielicznym się chce. Zaplanowane zostały debaty, dyskusje uczniów z nauczycielami, akcje zmierzające do usunięcia bądź wprowadzenia pewnych przepisów. Jeśli tylko uczniom będzie się chciało, mogą wywrócić statut do góry nogami. Jeśli jednak nie będzie im się chciało, wtedy nic się nie zmieni albo też zmieni się tak, że im oko zbieleje i włosy staną dęba.

Dyrekcji oraz wielu nauczycielom marzy się, aby w końcu wybiła godzina dyscypliny. Dlatego statut może zostać tak usztywniony, żeby można było niezdyscyplinowanych uczniów surowo karać. Każda grupa - nauczyciele i uczniowie - ma tę samą potrzebę, chodzi o umocnienie swojej władzy. Poprawianie szkolnego statutu to taka próba sił, walka, która prowadzi do osłabienia jednej ze stron. Obecnie statut ma taką formę, że daje zbyt wiele do powiedzenia uczniom. To musi się zmienić. Uczeń ma w szkole za dużo praw - uważają nauczyciele - a za mało obowiązków.

W gronie nauczycieli przeważa następująca filozofia. Otóż uczeń jest istotą wysoce niebezpieczną i szkodliwą. Jednak dzięki roztropnej kontroli sprawowanej przez pedagogów może wyrosnąć na człowieka. Niestety, nauczyciele zbyt często mają związane ręce i nie mogą odpowiednio przywołać dzieci do porządku, ponieważ zabraniają tego szkolne przepisy. Niektórzy próbowali dyscyplinować wbrew statutowi, tj. bardziej surowo, ale zaraz wybuchała z tego powodu wojna. Uczniowie w sytuacjach konfliktowych natychmiast powoływali się na statut, twierdząc, że dany nauczyciel postępuje wbrew prawu. Zwykle młodzi mieli rację, czyli jajko okazywało się mądrzejsze i bardziej wyszczekane od kury. Tak dalej być nie może, orzekł kogut. Niestety, komisja ds. przepisów za słabo czuwała nad statutem i uczniowie nam się rozbrykali. Teraz trzeba w trybie pilnym wprowadzić parę surowych zasad, aby młodzi nie podskakiwali belfrom.

Pytam się uczniów, czy włączyli się do pracy nad statutem. Mówią, że im się nie chce. I bardzo dobrze! Dyrekcji i nauczycielom się chce. Zobaczycie, jak będzie wam łyso, gdy statut zostanie zmieniony. We wtorek rada pedagogiczna, chyba w tej sprawie, a potem… wiosna nasza.

W szkole śmiesznie jest i zdrowo

2010/02/5, piątek

W pracy atmosfera bardzo zła, ale za to ludzie opowiadają dowcipy. Im więcej nieprzyjemnych sytuacji w kontaktach z… (proszę się domyślić), tym większe poczucie humoru mają nauczyciele. Dzisiaj cały dzień boki zrywałem, tak było śmiesznie. Wystarczy słowo powiedzieć, np. “dyżur”, “punktualność” albo “dziennik”, a każdy wybuchał śmiechem. Pewnie jeszcze niejeden z nas zapłacze, ale zanim do tego dojdzie, trzeba się pośmiać. No cóż, skazaniec ma prawo do jednego życzenia - my chcemy się turlać ze śmiechu. Potem można nas ćwiartować, przypalać i nogi z tyłka wyrywać.

Uczniowie też zauważyli, że nauczyciele są wyjątkowo rozchichotani. Wychowankowie więc chcą nas przegonić w byciu dowcipnymi. Na jedną z moich lekcji ktoś niespodziewanie zajrzał na ćwierć sekundy (diabli wiedzą, kto to był, bo nawet “dzień dobry” nie powiedział, jednak wszyscy się domyślili), a uczniowie chórem: “Kontrola!” Potem było: “Baczność! W prawo patrz, salutuj broń!” i inne tego typu polecenia. Trudno było zapanować nad uczniami, aby nie wygadywali głupstw. Czuję, że za parę dni na widok otwieranych niespodziewanie drzwi wszyscy będą się zrywać z miejsc i śpiewać hymn narodowy oraz “Boże coś Polskę”. Wprawdzie nigdy nie wiadomo, kto otwiera drzwi, ale przecież nie duch święty.

Opowiedziałem kilku osobom, że u mnie na lekcji drzwi się otworzyły, a ludzie w płacz, że u nich nikt nie był. A przecież punktualnie rozpoczęli, punktualnie skończyli, ani minuty nie zmarnowali na gadki-szmatki. Dlaczego więc ich nie kontrolowano, nie pochwalono, po plecach nie poklepano, do nagrody nie wyznaczono, dodatku motywacyjnego nie przyznano, tylko mnie? Każdy pragnie zostać złapanym, jak dobrze pracuje. Można by na parę dni mieć spokój. A tak nadal trzeba być czujnym. Czuwajcie, bo nie znacie dnia ani godziny.

Nie ma co narzekać na nieustanne kontrole. Służą one ciału pedagogicznemu i wyrządzają mu samo dobro. Jak wiadomo, codzienna kontrola punktualnego przychodzenia do pracy leczy z alergii. Sprawdzanie, czy pracownik przypadkiem przed czasem nie kończy pracy, dobrze działa na zaparcia. Natomiast biegunkę skutecznie zwalcza codzienna kontrola dokumentacji. Odkąd sumiennie wypełniam dziennik, zdecydowanie rzadziej korzystam z toalety. Wszyscy wiedzą, że jestem nadzwyczaj chorowity, a jednak od czasu wprowadzenia wzmożonych kontroli absolutnie nic mi nie dolega. To nie wszystko. Codzienne kontrole pomogły mi zwalczyć otyłość. Już straciłem dziesięć kilogramów. Po prostu dieta cud. Zniknął też - jak ręką odjął - ból w kolanie. Już myślałem, że będę musiał leczyć się z reumatyzmu, a tu proszę, cudowne ozdrowienie. Na trzecie piętro wbiegam jak młody jelonek.

Jeszcze kilka tygodni temu cierpiałem na kurzą ślepotę, umysłowe otępienie typowe dla weteranów pracy, miewałem zburzenia słuchowe i ogólny niedowład kończyn, np. dupy mi się nie chciało podnieść po dzwonku A teraz absolutnie nic. Zrobiłem się czujny niczym zając na polu marchewek, wzrok mam sokoli, a węch jak pies myśliwski. Zrywny też jestem niesłychanie. Z daleka widzę, słyszę i czuję, kto do mnie bieży. Sekunda i jestem na lekcji.

Jak uczyć drugiego przedmiotu?

2010/02/4, czwartek

Do nauczycieli dotarło, że już od 2012 roku wszyscy mają uczyć co najmniej dwóch przedmiotów (zob. tekst). Nie traktuję poważnie tych rewelacji, ponieważ MEN nie takie rzeczy wymyślało, aby zaistnieć w mediach. Tym razem będzie podobnie - z dużej chmury mały deszcz.

Jednak na wszelki wypadek koledzy zastanawiali się dzisiaj, co z nimi będzie za dwa lata. Jakiego dodatkowego przedmiotu powinni się chwycić, aby nie wyjść na durnia?

Okazało się, że w naszym gronie jest wiele osób, które były edukowane przez wieloprzedmiotowców. Na przykład jedną z koleżanek uczyła łaciny i języka francuskiego ta sama nauczycielka. Wyglądało to tak, że po przeprowadzeniu kilku godzin łaciny nauczycielka ta stwierdziła, że więcej pożytku będzie, gdy zacznie na łacinie prowadzić język francuski. Co też zrobiła. W dzienniku były wpisywane tematy z łaciny, ale w rzeczywistości na tych lekcjach odbywało się nauczanie francuskiego.

Podobnie zachowywali się inni nauczyciele, którzy zmuszeni byli do prowadzenia dwóch przedmiotów - nauczali tylko tego, w którym czuli się lepsi, a ten drugi traktowali po macoszemu, aby w końcu całkowicie z niego zrezygnować. Mnie też niemieckiego uczył polonista, więc wszystko jasne, w której dyscyplinie jestem lepszy.

Doszliśmy zatem do wniosku, że przymuszenie nauczycieli do prowadzenia lekcji z co najmniej dwóch przedmiotów ma swoje dobre strony. Jakoś te uprawnienia się załatwi. Na pewno jak grzyby po deszczu wyrosną uczelnie, które zaoferują błyskawiczne zdobycie uprawnień do nauczania drugiego przedmiotu. Polak przecież potrafi. Wprawdzie nikt nie opanuje nawet podstaw drugiego przedmiotu, ale przecież nie o to chodzi, aby chemik naprawdę musiał uczyć biologii, a fizyk - matematyki. Chodzi o to, że tzw. dwuprzedmiotowcy będą mogli na wszystkich swoich lekcjach, np. na matematyce i fizyce, uczyć tylko jednego przedmiotu. Godzin do dyspozycji każdy nauczyciel ma za mało, ale jak je umiejętnie połączy, to na naukę jednego przedmiotu wystarczy.

Jeden z moich znajomych, posiadający uprawnienia do nauczania angielskiego i niemieckiego, ma zwyczaj pytać klasę, w której uczy obydwu przedmiotów: “Którego języka chcecie się naprawdę nauczyć?”. I potem na wszystkich lekcjach uczy angielskiego. A godzin ma więcej niż pozostali angliści. Nie muszę chyba dodawać, że w swojej szkole jest bardzo cenionym nauczycielem. Mieć uprawnienia do nauczania dwóch przedmiotów i uczyć na wszystkich lekcjach tylko jednego - wymarzona sytuacja.

Kindermafia

2010/02/3, środa

Policja odnosi sukcesy w walce z kindermafią w szkołach. Słuchałem dzisiaj w radiu (zobacz), że kilkunastu uczniów zostało oskarżonych o terroryzowanie nauczycieli. Uczniom nie tylko postawiono zarzuty popełnienia wielu przestępstw, ale także na miejscu udowodniono każdemu dzieciakowi, iż jest winny. Mamy chyba do czynienia z rekordem w szybkości poskramiania młodych przestępców. Zastanawiam się, czy policja kiedykolwiek odniosła tak spektakularny sukces:

“Policjanci przesłuchali 17 uczniów dwóch szkół. Udowodniono im łącznie popełnienie 160 przestępstw, polegających na znieważeniu nauczycieli.”

Niestety, mamy w kraju za mało policjantów, aby wystarczyło dla wszystkich szkół. A przestępczość w placówkach oświatowych - jak widać - jest wielka. Proponuję wysłać do szkół wojsko. Niechże i wojskowi odniosą sukces w walce z bandytami i zapiszą się na kartach historii jako bohaterowie walk ze szkolną chuliganerią. Awanse, ordery i wyższe zarobki gwarantowane.

A teraz poważnie. Niepokoi mnie, dlaczego nauczyciele ustępują pola policjantom i - zapewne niedługo - żołnierzom. Nie wątpię, że sytuacja na lekcjach jest dramatyczna, skoro wychowawcy poczuli się zmuszeni do skorzystania z pomocy służb mundurowych. Jaki rak dręczy szkoły, że bez człowieka z pałką i kajdankami nauczyciel nie może już sobie poradzić?

Co po reformie, gdy trzeba wzywać do szkół policję i skazywać dzieci za znieważanie nauczycieli? Co po doskonałych programach nauczania, gdy do wdrażania ich potrzebny jest policjant? Co po pedagogice, która nie funkcjonuje bez pałki?

Jeden z prasowych tekstów został zatytułowany bardzo dramatycznie: “Nauczyciele postanowili przerwać uczniowski terror”. Jeśli to prawda, należy zapytać, dlaczego nie reagowano od razu? Wcale nie winię nauczycieli. Zwracam się z tym pytaniem do dyrekcji szkół. Dlaczego kadra zarządzająca dopuściła do tego, że w jej placówce rozwinął się uczniowski terror? Czy naprawdę o niczym nie wiedziała? A może motywowała nauczycieli słowami: “Musicie sobie jakoś poradzić”.

Wiem dobrze, jak to jest w szkołach. Dyrekcja zwołuje zebrania rad pedagogicznych, podczas których czyta się statystyki, a nie poświęca się ani minuty na rozwiązywanie bieżących problemów. Wypełnia się tony papierów, które nie mają nic wspólnego z rzeczywistością lekcyjną. Szefowie potrafią kontrolować nauczycieli, czy wpisali temat do dziennika, i są całkowicie obojętni na to, czy pracownicy radzą sobie z klasowymi łobuzami.

Jestem głęboko przekonany, że nauczyciel wzywa policję tylko wtedy, gdy nie może zwrócić się do swojej dyrekcji po pomoc. Gdyby się bowiem przyznał, że uczniowie go znieważają, usłyszałby od przełożonego następujące słowa: “Jak to? Uczy pan/ pani tyle lat i nie radzi sobie z młodzieżą?” No nie radzi sobie, nie radzi, dlatego prosi o pomoc. A to, że jakiś nauczyciel radził sobie przez piętnaście lat, nic nie znaczy. Krótko mówiąc, gdy dyrekcja nie pomaga w wychowywaniu uczniów, musi pomóc policja i wojsko. Natomiast gdy dyrekcja wypełnia swoje obowiązki i prowadzi zarządzanie wspierajace, a nie terror wobec nauczycieli, tam policja nie musi intwerweniować

Wychowanie do powtórki

2010/02/2, wtorek

W Łodzi troje uczniów powtarza klasę z powodu nagannego zachowania. O szczegółach można przeczytać w regionalnym dodatku “Gazety Wyborczej” (autor tekstu, red. Marcin Markowski, był uprzejmy poprosić mnie o komentarz w tej sprawie - zobacz). Trzecia ocena naganna - zadecydował kilka lat temu Roman Giertych - prowadzi do drugoroczności. Katarzyna Hall wprawdzie znosi ten przepis, ale jego ofiary już są.

Jestem całym sercem za tym, aby szkoła uczestniczyła w wychowywaniu dzieci. Nie akceptuję jednak takiej kary. W ogóle nie akceptuję drugoroczności nawet z powodu niepowodzeń w nauce jakiegoś przedmiotu. Jak można powtarzać cały rok, gdy nie opanowało się jednego czy dwóch przedmiotów?

Powtarzanie jest matką nauczania, ale chyba w szkołach wypaczyliśmy to stwierdzenie. Czy chodzi w nim o powtarzanie czegoś w celu wyćwiczenia sprawności, czy o karanie powtarzaniem? Pamiętam czasy, gdy uczeń, który popełnił błąd ortograficzny, musiał za karę kilkaset razy przepisywać poprawną wersję. W efekcie znienawidził naukę ortografii. Karanie powtarzaniem jest anachronizmem, a jednak jeszcze się zdarza, do tego w majestacie szkolnego prawa. Drugoroczność jest tylko i wyłącznie karą, a nie metodą na lepsze wychowywanie czy nauczanie.

Indeksy dla uczniów

2010/02/2, wtorek

Kościół wprowadza indeksy dla uczniów chodzących na religię. Kto chodzi, będzie miał stosowne wpisy w osobistej książeczce. A kto nie chodzi, nie będzie miał nic (zob. tekst). Cieszy mnie, że księża dostrzegli problem, jakim jest coraz większa absencja uczniów na religii. Dobrze, że próbują problem rozwiązać. Może metoda nie jest za bardzo przyjazna uczniom, ale widocznie chodzi o to, aby była skuteczna.

Jestem za tym, aby wprowadzić indeksy dla każdego przedmiotu. Uczniowie mieliby zatem książeczki, poświadczające, że uczęszczają na lekcje języka polskiego, angielskiego, matematyki itd. Przedmioty maturalne koniecznie powinny być indeksowane. W sprawie mniej ważnych dla ucznia dyscyplin można by podyskutować, czy konieczne są specjalne książeczki. Jednak polski, język obcy oraz matematyka koniecznie należy zindeksować.

Zaczęliśmy od kontrolowania pobożności uczniów, czyli od końca. Szkoda, że Kościół nie uzgadnia swoich metod pedagogicznych z kuratorium i MEN (mam nadzieję, że pracownicy kuratorium oraz ministerstwa mają przygotowanie pedagogiczne i znają się na rzeczy). Może pedagodzy podpowiedzieliby hierarchom duchownym, że wyróżnianie religii specjalnym indeksem nie jest właściwe. Sam pomysł doskonały, jednak powinien objąć także inne przedmioty, inaczej jest to działanie przeciw nauczycielom. Dlatego proszę Kościół, aby swoje pomysły pedagogiczne uzgadniał przynajmniej z MEN.

Podoba mi się pomysł Kościoła, ponieważ uważam, że świadectwa wydawane na koniec roku szkolnego to przeżytek. Uczniowie są zbyt niecierpliwi, aby czekać cały rok na papier. Co innego, gdy mają możliwość codziennego kontaktu z dokumentem, który na ich oczach pęcznieje od wpisów obecności i ocen. Naprawdę do szkoły nie przychodzi się po wiedzę, lecz po pieczątki i wpisy. Kościół dobrze wie, na czym polega nauczanie religii (na dostarczaniu wiernym prawa do różnego rodzaju zaświadczeń, np. chrztu, komunii, bierzmowania, ślubu itd.). Im więcej dokumentów, pism i zaświadczeń, im więcej dyplomów, pieczątek, podpisów, tym więcej szczęścia dla wiernych. Indeks dla uczniów to cudowne rozwiązanie.

Sam Pan Bóg musiał natchnąć duchownych, że mieli tak wspaniały pomysł. Szkoda tylko, że nie podzielili się nim z nauczycielami. Księżom trzeba przypomnieć, że w szkole pracuje się razem z nauczycielami, dlatego pomysłami trzeba się dzielić. Może jakieś lekcje pokazowe dla całej rady pedagogicznej? Bardzo chciałbym zobaczyć, jak się pracuje z indeksami.

PIT nie kłamie

2010/02/1, poniedziałek

Sprawdziłem, który nauczyciel w mojej szkole osiągnął gwarantowane przez MEN średnie zarobki (przypominam, że dla nauczyciela dyplomowanego jest to kwota 4208 zł brutto miesięcznie). Okazało się, że żaden. Księgowość właśnie rozdaje PIT-y, więc każdy łatwo może sprawdzić, jak się ma jego zarobek faktyczny z gwarantowanym przez państwo. Mnie zabrakło 10 procent, a koleżance najlepiej zarabiającej także zabrakło (ok. 2 procent). A jednak gmina twierdzi, że nauczycielom w Łodzi nie należy się dodatek uzupełniający, ponieważ ich zarobki przekroczyły gwarantowane minimum. Podobnie twierdzą urzędnicy w Piotrkowie (zob. tekst).

Coś tu nie gra. Zakładam, że urzędnicy gminy mówią prawdę. Jeśli tak, to znaczy, że XXI LO w Łodzi jest niechlubnym wyjątkiem od reguły. Dlaczego tak się dzieje? Czyżby pracodawca miał powód, żeby na nauczycielach akurat tego liceum tak mocno oszczędzać? Dlaczego zarabiamy mniej niż nauczyciele innych łódzkich szkół? Kto decyduje o naszych zarobkach, że nie możemy dorównać kolegom z innych placówek?

Rozmawiałem z nauczycielami innych szkół i okazało się, że w ich PIT-ach także są kwoty mniejsze niż gwarantowane minimum. Może więc PIT-y zostały źle sporządzone? Może trzeba dopisać w nich jeszcze jedno zero? Naprawdę coś tu nie gra.

Pytam znajomych, sprawdzam, gdzie mogę. Interesuje mnie, jak liczono, że wyszło więcej, mimo iż faktycznie nauczyciele zarobili mniej. Zaprzyjaźnieni urzędnicy mówią mi jedno: “Liczenie wynagrodzeń nauczycieli odbywało się na wariackich papierach. Liczono tak, aby nie trzeba było dopłacać”. Mówią tak w niezobowiązującej rozmowie, więc nie jest to żaden dowód. Może żartują. A jednak liczby podawane w PIT-ach dowodzą, że urzędnicy nie żartują. Nauczyciele zostali oszukani, gdyż wmówiono nam, że zarobiliśmy więcej niż faktycznie.

Po co wydano ustawę o gwarantowanych zarobkach nauczycieli? Czy po to, aby nas oszukiwać? Urzędowe tabele, wykresy, dokumenty wielkiej wagi świadczą, że ustawa jest przestrzegana. Jednak wszystkie znane mi PIT-y dowodzą czegoś przeciwnego. Jeśli rząd nie może wywiązać się z tego zobowiązania, to niech się z niego uczciwie wycofa. Udając, że wszystko jest OK., rząd traktuje nauczycieli jak idiotów, którzy sami nie potrafią liczyć. Czy trzeba zorganizować akcję pokazywania PIT-ów, aby udowodnić, że zrobiono nauczycieli w trąbę? Czy trzeba sprawę skierować do sądu, aby udowodnić, że artykuł 30 a i b Karty Nauczyciela nie jest przestrzegany?

Nauczyciel wielu przedmiotów

2010/02/1, poniedziałek

Blady strach padł na biologów, chemików, fizyków, geografów, historyków, ponieważ każdemu z nich w liceum liczącym ok. 500 uczniów może zabraknąć godzin do pełnego etatu. Wszystko przez reformę, która dopuszcza uczenie w blokach przedmiotowych. Na przykład w klasach humanistycznych nie będzie oddzielnie fizyki, chemii i biologii. Da to potężne oszczędności w budżecie, ale nauczycieli pozbawi godzin.

Rozwiązaniem problemu może być wieloprzedmiotowość. Za kilka lat podobno ma nie być w szkole miejsca dla jednoprzedmiotowców. Wszyscy muszą uczyć co najmniej dwóch przedmiotów, a najlepiej trzech.

Nie ma się co ociągać, trzeba szybko iść na studia podyplomowe i zdobyć prawo do nauczania drugiego przedmiotu. Tylko jakiego? Największym powodzeniem cieszą się przedmioty, które wymagają najmniejszego wysiłku. Niestety, wiele przedmiotów jest już zajętych. Historycy zmonopolizowali wiedzę o społeczeństwie, a matematycy - informatykę. Trzeba szukać dalej. Może wyjściem będzie zdobycie uprawnień do języka obcego? Nie ma to jak pewny i stabilny przedmiot. Jak ktoś zainwestuje w studia z wiedzy o kulturze, ryzykuje, iż za jakiś czas tego przedmiotu w ogóle nie będzie.

Ruch w interesie bardzo duży. Za dwa lata reforma wchodzi do liceów, co oznacza gwałtowne zmniejszenie liczby godzin do podziału. Należy wiedzieć, że wg szkolnych przepisów wieloprzedmiotowcy są bardziej chronieni przed zwolnieniem niż jedno. A zatem warto zainwestować w zdobycie uprawnień do nauczania drugiego przedmiotu. Niestety, jednoprzedmiotowcy będą musieli ze szkół odejść.

Zastanawiam się, czy uczelnie produkujące pedagogów nadal wypuszczają specjalistów od jednego przedmiotu, czy też już przestawiły się na nowe tory. Głupio skończyć studia, zdobyć dyplom uprawniający do nauczania i dowiedzieć się, że to za mało, gdyż szkoły nie zatrudniają jednoprzedmiotowców.

W co się bawić?

2010/01/30, sobota

Każde pokolenie ma swoje ulubione zabawy, które innym trudno zrozumieć. Także mnie nie jest łatwo pojąć, dlaczego córka w przedszkolu bawi się wraz z rówieśnikami w zabijanie. Przejęta wraca do domu i relacjonuje, na czym polega ta gra. Otóż jedna osoba udaje potwora, a reszta wciela się w role ofiar. Potwór rozszarpuje, rozrywa ciało na strzępy, syci się krwią, a ofiary konają w męczarniach. Mimo że wszystko odbywa się na niby, jestem tą grą zaniepokojony.

Nie wiem, czy dobrze robię, ale przekonuję córkę, że ta zabawa nie jest właściwa. Poprosiłem, aby się w to nie bawiła, a jeśli będzie przymuszana, niech poinformuje opiekunów. Tak też się stało - dziecko na moją prośbę doniosło na kolegów, a ci otrzymali pouczenie, że zabawa w zabijanie jest zła. Jednak nauka poszła w las, gdyż dzieci nie przestały się zajmować swoją ulubioną rozrywką. Zabawa w zabijanie trwa.

Nie wyciągam pochopnych wniosków, bo przecież od zabawy do rzeczywistości daleka droga. Liczę, że zainteresowanie grą w zabijanie minie samo, dlatego staram się nie okazywać specjalnego zainteresowania. Po prostu przyjmuję do wiadomości, że - jak mi opowiada córka - “koledzy znowu chcieli ją zabić, ale się nie dała”. Dziecko oczekuje, iż je pochwalę i powiem np. coś takiego: “Bardzo dobrze zrobiłaś. Dziewczyny muszą być dzielne. To ty ich zabij”.

Na razie córka zdradza mi, na czym polegają jej ulubione zabawy. Jednak niedługo przestanie mówić. I wtedy dopiero będzie groza. Ciekawe, w co się bawią te dzieci, które już potrafią trzymać język za zębami?

W piątek budzą się demony

2010/01/28, czwartek

Niezwykle trudno jest w piątki prowadzić lekcje do samego końca. Wszyscy chcieliby wyjść wcześniej ze szkoły. Mnóstwo uczniów przynosi pisemne prośby rodziców o zwolnienie i rozpoczyna weekend już w południe. Jednak część młodzieży zostaje, gdyż nie jest na tyle zdemoralizowana, aby zwalniać się bez powodu. Z tymi uczniami prowadzę lekcje. Co tydzień mam dwie ostatnie godziny w klasie II e (niehumanistycznej), której  język polski jest tak samo potrzebny do szczęścia jak klasie humanistycznej fizyka. Od kilku lat proszę o zmianę planu, ale bez skutku.

A jednak uczniowie II e pracują w piątki solidnie, nawet wytężają się szczególnie mocno, aby tylko - to ich prośba - lekcja czasem skończyła się kilka minut wcześniej. Gdy więc do dzwonka pozostaje pięć minut, zaczyna się proszenie o wcześniejsze zakończenie zajęć, bo przecież wszystko już zostało zrobione. Tłumaczyłem wielokrotnie dzieciakom, że nie mogę lekcji zakończyć nawet minuty wcześniej, ponieważ zaraz ląduję na dywaniku u szefa. Młodzi jak to młodzi, nie rozumieją, dlaczego się nie zgadzam. Przecież nikogo nie zbawi ta minuta czy nawet dwie. Połowa szkoły już wyszła, a oni zostali, wykonali wszystkie zadania, więc teraz mogliby już iść. Co mi szkodzi, gdy wypuszczę ich jeśli nie pięć, to przynajmniej dwie minuty wcześniej.

Tydzień temu się zgodziłem i zaraz musiałem podpisać dyrektorskie pismo, że zaniedbuję obowiązki. Opowiadam o tym nie po to, aby się skarżyć. Szef dobrze robi, że dyscyplinuje pracowników. Inaczej pewnie ostatnie lekcje w ogóle by się nie odbywały. Zwracam się tym wpisem do klasy II e, która mi nie wierzy, że naprawdę w naszej szkole za wypuszczenie uczniów z lekcji dwie minuty wcześniej trzeba się tłumaczyć dyrekcji, podpisywać upomnienia, wypisywać stosy papierów itd.

Uczniowie myślą, że trzymam ich do końcowego dzwonka na złość, aby im dokuczyć i postawić na swoim. Jak mi nie wierzycie, to idźcie do dyrekcji i zapytajcie. Zresztą poproście o pokazanie papierów, jakie tam już są na mnie. Jak je zobaczycie, to może się opamiętacie i wysiedzicie na lekcji do końca. A jak naprawdę koniecznie chcecie wyjść w piątek wcześniej ze szkoły, to przynieście kartki od rodziców. Gdy będę miał komplet kartek, to wtedy wypuszczę całą klasę. Zrozumcie, w pracy najważniejsze są papiery. Reszta, w tym także dobre relacje między ludźmi, są nieistotne. W każdym razie przepraszam.

Poloneza czas skończyć

2010/01/27, środa

Studniówkę mieliśmy w tę sobotę, ale nie wszyscy maturzyści wrócili do szkoły. Impreza musiała być udana, skoro telepie uczniami przez kilka dni. Dwa tygodnie przed studniówką trwały próby poloneza i innych wygibasów, a po zabawie - jak widzę - trzeba na nowo uczyć się chodzić, aby trafić do szkoły.

Nie wiem, czy raczono się alkoholem, gdyż nie byłem na miejscu. Zakładam, że nie, w końcu prawo tego zabrania. Podobno jedzenie było wyjątkowo niestrawne, stąd wysoka absencja na lekcjach w tym tygodniu. Może należało do szynki drugiej świeżości w galarecie podać wódkę, wtedy więcej osób byłoby zdrowych. Jedzenie potrafi bardziej zaszkodzić niż alkohol.

W Krakowie zdecydowano się zapalić zielone światło dla alkoholu na studniówkach (zob. info). Tam można legalnie, ale w Łodzi tylko po kryjomu i wbrew prawu. Zastanawiam się, czy picie zgodnie z prawem jest lepsze od picia wbrew prawu? Nie chciałbym z uczniami pić wódki nawet wtedy, gdyby było wolno. W tych sprawach nie ma się co spieszyć - ze swoimi wychowankami napiję się na dziesięciolecie matury albo nawet na dwudziestolecie.

Gdy picie wódki jest zakazane, wtedy obie grupy - uczniowie i nauczyciele - piją oddzielnie. Ani uczeń nie przepija do belfra, ani belfer nie pije do ucznia. Obie grupy raczą się wódką w tajemnicy, wmawiając jedna drugiej, że wcale nie pije. Ponieważ piją wszyscy, więc nie czują się nawzajem. Podobno tylko wyjątki nie piją. Więc może powinno się zezwolić?

Ja jestem za tym, aby jednak alkohol był na studniówce zabroniony (oprócz szampana). Właśnie z tego powodu, żeby żaden uczeń do mnie nie przepijał. Wielu próbowało, jednak wystarczyło podnieść brwi i zrobić groźną minę, aby zrezygnowali. Gdy wódka będzie dozwolona, nauczyciel się nie opędzi od uczniów chcących się z nim napić. Gdy nie zechcę tego robić, wyjdzie, że jestem źle nastawiony do młodzieży. Tymczasem ja jestem źle nastawiony do wódki, szczególnie w nadmiarze, ale w Polsce jak ktoś nie pije, znaczy, że nie lubi ludzi. Abstynent gorszy od faszysty, a wylewający za kołnierz to gnida społeczna.

Wściekłość dyrektorów

2010/01/26, wtorek

Dyrektorzy szkół muszą mieć anielską cierpliwość i wysoki kredyt do spłacenia, skoro godzą się na nieustające poniżanie przez urzędników. Teraz - jak doniosła prasa - mają kilka dni na wypełnienie wielostronicowego sprawozdania z zakresu profilaktyki prowadzonej w szkole w roku 2009 (Arkusz sprawozdania tutaj, a uwagi prasy w tekście pt. “Absurdalne ankiety” tutaj). To nie pierwszy i ostatni raz, kiedy to zaprzęga się dyrektorów szkół do wozu z ministerialną kupą i każe ciągnąć. A oni ciągną, bo co mają robić.

Podobno niektórzy się buntują - tak przynajmniej zapowiedziało OSKKO (Ogólnopolskie Stowarzyszenie Kadry Kierowniczej Oświaty). Kto się buntuje, ten się buntuje. Może gdzieś za siedmioma morzami, za siedmioma górami i za siedmioma lasami jest dyrektor, który powie urzędnikom nie. Niestety, ja o takim nie słyszałem. Natomiast wiem, że każdy sumiennie wszystkie ankiety wypełnia, nawet te najgłupsze i nikomu do niczego niepotrzebne. Co ma robić dyrektor, skoro jest pracownikiem najemnym? Jak się zbuntuje, to pójdzie na zieloną trawkę.

A jednak poświęcanie olbrzymiej ilości czasu na wypełnianie bzdurnych ankiet (każdego roku są ich dziesiątki) nie pozostaje bez wpływu na umysł i psychikę dyrekcji. Im głupszą pracę musi człowiek wykonywać, tym większe spustoszenie w organizmie. Nic więc dziwnego, że dyrektorzy chodzą wściekli i sfrustrowani. Ich nauczycielskie powołanie i pedagogiczne zamiłowanie dawno temu szlag trafił. Kiedyś może i byli nauczycielami, ale obecnie już nie są. Została tylko wściekła urzędnicza dusza.

Oczywiście dyrektor szkoły nie jest pustelnikiem, lecz każdego dnia zarządza nauczycielami. A gdy jest wściekły, to na własnej skórze czują jego pracownicy. Im więcej ankiet ma do wypełnienia szef, tym większy ból dla nauczycieli. Jak ja bym chciał, żeby dyrektorzy - jak to zapowiada OSKKO - zbuntowali się przeciwko urzędnikom i odmówili wykonania tej bezsensownej pracy. Niestety, tak się nie stanie. Bądźmy realistami. Dyrektorzy zrobią, co muszą, a potem przerzucą swój gniew na najsłabsze ogniwo szkoły, czyli nauczycieli. Mniejsza o powód, przecież jak się chce psa uderzyć, to i kij się znajdzie. Mnie się to wcale nie podoba, nie lubię być ofiarą czyjegoś gniewu. Dlatego zwracam się do dyrektorów, aby w końcu zbuntowali się przeciwko urzędnikom i przestali chodzić wściekli po szkole. Normalnie uczyć nie można.

Szybko czy powoli?

2010/01/26, wtorek

Dawniej materiał powinien się nauczycielowi ślimaczyć, a teraz trzeba omawiać go w tempie błyskawicy. Chcę więc czy nie, materiał omawiam szybko i po łebkach, bo przecież nikomu nie jest potrzebna wnikliwa znajomość dzieła, lecz tylko taka, która pomoże zdać egzamin maturalny. Nauczyciel jest rozliczany z tego, czy omówi wszystkie treści programowe. Gdybym nie zdążył, zostanę pociągnięty do odpowiedzialności. I nie będzie tłumaczenia, że zatrzymałem się przy Gombrowiczu czy Kafce, dlatego nie zdążyłem omówić Orzeszkowej. Na każdego twórcę należy poświęcić tyle czasu, aby go wystarczyło dla wszystkich. Wychodzi po godzinie na tekst, po dwie na autora. Jak się przy którymś zatrzymam dłużej, to muszę innych omówić krócej. Jak za długo, to pojawi się ryzyko, że jakiegoś twórcy nie omówię wcale.

Tego tempa nie wytrzymują uczniowie. Nieliczni pamiętają, co było w gimnazjum. Według wielu, nic nie było. W liceum proszą, abym zwolnił. Nie zwolniłem, dlatego już omawiamy “Treny” Kochanowskiego. O to samo proszą mnie uczniowie klas drugich oraz trzecich. Wszyscy mówią, że za szybko. Wyjątkowo więc zaplanowałem prawie dwa tygodnie na “Lalkę”, ale nadal słyszę, że to nie wystarczy. Miło słyszeć. Gdyby to ode mnie zależało, mógłbym jeden duży utwór omawiać przez pół roku.

Na studiach filozoficznych zdarzało się, że jakiś tekst był analizowany niezwykle szczegółowo, wręcz zdanie po zdaniu. Wychodziło średnio akapit na jedno spotkanie (dwie godziny), a przy niektórych zdaniach zatrzymywaliśmy się na dłużej. Tak na przykład omówiony został fragment “Krytyki czystego rozumu” Kanta. Po niezwykle wnikliwym przeanalizowaniu niewielkiego urywku czułem się na siłach zająć całą resztą. Czytałem dalej sam i rozumiałem. Podejście do egzaminu to była czysta przyjemność.

Poznawanie literatury w liceum przypomina jazdę w Formule 1, jednak emocji w tym nie ma żadnych, za to ryzyko urazów bardzo duże. Byle do przodu, nieraz na łeb na szyję, nie oglądając się za siebie. Mordercze tempo, więc jak ktoś się zagapi, uderza głową w mur, czyli dostaje jedynkę, i wypada z gry. W pierwszej klasie nadąża za mną co trzecia osoba, a reszta nie czyta, bo nie jest w stanie. W drugiej klasie wykruszają się kolejne osoby - czytają i rozumieją trzy-cztery, a reszta nawet nie staje do wyścigu. Już wiedzą, że nie zdążą. Czasem spróbują, przeczytają krótszy utwór, ale na stałe się nie ścigają. W klasie maturalnej jest jeszcze gorzej, a przecież powinno być najlepiej. Tymczasem nawet świetni uczniowie nie czytają, ponieważ nie dają rady - tak mordercze jest tempo.

Po co fundujemy uczniom ten wyścig, skoro on im nic nie daje - nie zapewnia ani znajomości lektur, ani nie zachęca do kontaktu z literaturą. Fundujemy dzieciom edukację-wyścig, w którym grają rolę obserwatorów. Nauczyciel włącza motorek i wciska gaz do dechy, aby wyrobić się z materiałem, a młodzież patrzy i nie rozumie, co belfer wyprawia. A teraz pytanie do władz oświatowych - czy nie można mniej i wolniej? Na co komu ten wyścig, który zabija, a nie rozwija?

Dlaczego kursy są lepsze od lekcji?

2010/01/25, poniedziałek

Zajęcia dodatkowe, kursy czy korepetycje, nie są adresowane do osób, które nie radzą sobie z opanowaniem szkolnego materiału. Kiedy pracowałem w szkole z mniej ambitnymi uczniami, do tego ubogimi, to prawie nikt nie miał korepetycji ani nie chodził na żadne kursy. W liceum, w którym obecnie pracuję, mamy ambitną młodzież, często z zamożnych domów. Co roku kilkadziesiąt osób dostaje się na prawo, zwykle klasa prawnicza, oznaczona literą “d”, nieomal w całości przenosi się na ten kierunek. Podobnie jest z innymi profilami, np. biologiczno-chemiczny przenosi się na medycynę, a matematyczny na politechnikę itd. A jednak to właśnie uczniowie naszej szkoły, ci zdolni i ambitni, od przedszkola chodzą na wszelkie kursy i korepetycje.

Zrobiliśmy badanie, na jakie dodatkowe zajęcia chodzą nasi uczniowie. Prawie wszyscy korzystają z oferty pozaszkolnej, z kursów i korepetycji. Warto podkreślić, że korzystają uczniowie bardzo dobrzy, którzy - jak wynika z naszych badań - z palcem w nosie zdaliby maturę średnio na poziomie 70 procent. A jednak im to nie wystarcza, dlatego dokształcają się poza szkołą. Zwróciłem uwagę, że np. z mojej klasy wychowawczej 4 osoby korzystają z zajęć oferowanych przez nasze liceum, a 30 osób z oferty pozaszkolnej. Dlaczego wybrali tę szkołę, a przecież bardzo trudno tu się dostać, skoro nie korzystają potem z jej oferty edukacyjnej? A tak na marginesie, nasi nauczyciele dorabiają w prywatnych firmach, prowadząc kursy dla uczniów, którzy lekceważą ofertę własnej szkoły.

Zresztą nie chodzi tylko o ambicje. Obecnie panuje moda na korzystanie z kursów i korepetycji. Dodatkowe zajęcia stanowią ważny składnik szpanu. Kto nie chodzi na żaden kurs, ten musi być z patologicznej rodziny. Im więcej zajęć pozaszkolnych, tym większa pozycja w grupie. Oferta liceum jest dla biedaków. Obecnie dochodzi do sytuacji, że nasi uczniowie, którzy nieraz biegle mówią po angielsku (chodzą na kursy, uzyskują certyfikaty, wakacje spędzają w krajach anglojęzycznych), mają trójkę z angielskiego, bo im się nie chce w szkole wysilać.

Oferujemy naszym uczniom bardzo dużo, ale oni się od tego odwracają. Nie chcą. Na dodatkowe zajęcia przychodzi jedna osoba, czasem trzy, a nieraz nikt. Niektórzy nauczyciele terroryzują więc uczniów i w ten sposób zapewniają sobie przyzwoitą frekwencję. Ze strachu zawsze przyjdzie więcej osób niż dobrowolnie. Po co w takim razie młodzi wybierają naszą szkołę, skoro potem marnują jej ofertę? Uważam, że do dobrych liceów powinni przychodzić uczniowie zdolni, ale z biednych rodzin, którzy wykorzystaliby w 100 procentach to, co im oferujemy. Jestem zdania, że przynajmniej 30 procent miejsc w szkołach takich jak nasza powinno być zarezerwowanych dla dzieci skierowanych przez ośrodki pomocy społecznej. Naprawdę przykro patrzeć, jak publiczne pieniądze są wyrzucane w błoto.

40-godzinny tydzień nauki

2010/01/24, niedziela

Dorośli wywalczyli sobie 8-godzinny dzień pracy, a i tak czują się zmęczeni, na nic nie mają czasu. Gdy wracam do domu, dziecko już wie, że po obiedzie tacie nie wolno przeszkadzać. Kładę cielsko na kanapie i odpoczywam, czasem coś dla rozrywki przeczytam, obejrzę film, postukam w klawiaturę komputera, zadzwonię do znajomych, umówię się z kimś na kawę lub piwo. Wszystko dla relaksu, bo przecież po kilkugodzinnym dniu pracy musi człowiek odpocząć.

Zdarzyło mi się w ramach takiego relaksu spotkać z koleżanką, matką dwojga dzieci. Zaczęliśmy rozmawiać o naszych pociechach. Ile się uczą? Moja córka - 9 godzin dziennie (przebywa w przedszkolu od 7.30 do 16.30, chodzi na gimnastykę, logopedię i angielski, ale to przecież dopiero początek, gdyż za kilka lat będzie tyrać po kilkanaście godzin dziennie). Dzieci koleżanki uczą się poza domem, jak wyliczyliśmy, 10-12 godzin. Z tego w szkole 7-8 godzin, a na kursach i lekcjach prywatnych codziennie po ok. 3 godziny. Dzień nauki poza domem zaczyna się o 8, a kończy o 19, czasem o 20.

Zdarza mi się widzieć, jak moi uczniowie przychodzą na kurs języka angielskiego (zaczyna się o godz. 16), mimo że nie byli tego dnia w szkole. Prywatna szkoła języków obcych mieści się w naszym budynku. Podchodzę i pytam, dlaczego nie byli na moich lekcjach. Tłumaczą, że są chorzy, ale nie chcieli stracić płatnego kursu, dlatego przyszli. I tak jest zawsze. Dzień w dzień nauka po kilkanaście godzin, zdrowy czy chory na kurs musi iść. Do tego jeszcze oczekuje się, że dziecko po powrocie do domu wykona pracę domową i przygotuje się do lekcji w dniu następnym. Sporo uczniów mojej szkoły przychodzi na dodatkowe zajęcia, które odbywają się na tzw. zerówce, czyli o godz. 7 rano. Szkoda im stracić, przecież oferta jest interesująca.

Człowiek dorosły uważa, że po 40-godzinnym tygodniu pracy zasługuje na wolny weekend. Co innego dzieci. Te muszą w weekend nadrobić braki, pouczyć się, aby poprawić oceny, które rodzice uznali za zbyt niskie, poniżej ambicji. Naprawdę sporo godzin poświęcam na relaks, na lenistwo, bezczynność, byczenie się, spacer po sklepach, czytanie prasy, puste rozmowy przez telefon. Mnie wolno, ponieważ ciężko pracuję. A co z dziećmi?

To prawda, że mnóstwo dzieci się nie uczy, ale spora grupa pracuje ponad siły, po kilkanaście godzin dziennie przez siedem dni w tygodniu. I jeszcze dostaje im się po głowie za to, że nie zrobili tego, co powinni, albo że zrobili nie tak, jak trzeba. Kiedy mnie ktoś zadaje pytanie, czy zrobiłem jakąś pracę, np. czy sprawdziłem wypracowania, mówię, że w tym tygodniu się nie da, ponieważ już przekroczyłem 40 godzin pracy. A co ma powiedzieć dziecko, które po 70-godzinnym tygodniu nauki otrzymuje jedynkę, ponieważ nie zdążyło wykonać jakiejś pracy na lekcję? Czy dzieci też podlegają ochronie, jeśli chodzi o liczbę godzin nauki, czy można im wrzucić na kark nieskończenie wielki ciężar?

Potęga belfra

2010/01/22, piątek

W moim liceum uczniowie zamienili się miejscami z nauczycielami. Zresztą nie tylko z nauczycielami, ale także z innymi pracownikami szkoły. Raz w roku robimy coś takiego, ale chcielibyśmy co tydzień (zob. info i foto).

Uczniowie mogli się zgłaszać, kim chcą być w tym wyjątkowym dniu. Zauważyłem, że dziewczyny chciały być nauczycielami płci męskiej, chłopcy zaś wcielali się w role nauczycielek. Mężczyźni założyli więc pończochy i sukienki, a dziewczyny postarały się o męskie stroje, np. założyły marynarki.

Mnie zastępowały dwie uczennice z klasy IIe, doskonale prowadząc lekcje w trzech klasach i dyżurując na korytarzach podczas przerw. Należą im się wielkie brawa za wiedzę, umiejętności i zaangażowanie oraz za odwagę.

Nie wszyscy uczniowie wykonywali pracę za swoich nauczycieli, część skupiła się na wejściu w rolę i odgrywaniu stylu bycia oraz charakteru swojej postaci. Ponieważ trudno jest pokazywać zalety, a o wiele łatwiej wady, uczniowie skupili się na pokazywaniu tego, co w nauczycielach złe. Ponieważ obnażanie cudzych wad daje widzom wiele radości, tego dnia w szkole było bardzo zabawnie. Nie będę opisywał, jak zachowywali się uczniowie grający innych nauczycieli, gdyż jeszcze mi życie miłe, skupię się raczej na wadach mojej osoby.

Gdyby nie uczniowie, nigdy bym w sobie tej wady nie zauważył. Otóż zdaniem jednej z dziewczyn, które mnie zastępowały, non stop spóźniam się na lekcje. Właściwie nigdy nie przychodzę punktualnie. Gdy zrozumiałem, jak mnie zagrano, stwierdziłem, że to nieprawda. A jednak dzisiaj (przedstawienie z zamianą miejsc było wczoraj), mimo że się bardzo pilnowałem, spóźniłem się na każdą lekcję. Sam nie wiem, jak to się dzieje, ale tak właśnie jest. Pierwszy raz spóźniłem się z powodu poszukiwania dziennika (był kontrolowany przez dyrekcję), drugi raz spóźniłem się z powodów fizjologicznych (czekałem na klucz do toalety), a trzeci raz z powodu konieczności zajęcia się swoją klasą wychowawczą, która snuła się po szkole, bo inny nauczyciel w ogóle nie przyszedł na lekcję. Niestety, gra uczniowska okazała się prawdziwa - spóźniam się na swoje lekcje. Tylko jak z tym skończyć, skoro zawsze jakaś pilna sprawa nie pozwala mi dojść na czas do klasy?

Podczas lekcji prowadzonej przez aktorki, grające mnie, rozegrała się scena, która dała mi wiele do myślenia. Otóż nagle do sali weszła dyrekcja, tzn. uczeń, który się w nią wcielił, i zażądała, abym przerwał lekcję i udał się z nią załatwić sprawę, która nie może czekać. Wtedy moje drugie ja powiedziało dyrekcji, że nigdzie nie pójdzie, gdyż musi realizować temat. A szefostwo na to, że to nie jest prośba, tylko polecenie służbowe. Na co moje drugie ja ze stoickim spokojem wytłumaczyło, że lekcja jest najważniejsza i że nigdzie nie wyjdzie. Dyrekcja w krzyk, że każe, a moje drugie ja, że nie opuści uczniów. W końcu wyszła osoba, która wcielała się w dyrekcję, a moje drugie ja robiło to, co lubi najbardziej, czyli prowadziło lekcję.

Nigdy tak się nie zachowałem, gdyż zawsze wykonuję polecenia przełożonych. Czasem pogadam, ponarzekam, napiszę coś na blogu, ale w rzeczywistości robię, co mi dyrekcja każe. Scena, która się rozegrała, nie pokazywała więc faktów, lecz moje marzenia. Chciałbym kiedyś powiedzieć dyrekcji dokładnie to samo, co powiedziała aktorka: “Proszę dać mi prowadzić lekcje i nie zawracać głowy głupstwami”. Jak widać, od swoich uczniów można się wiele nauczyć, np. że warto marzyć, że trzeba mieć głowę na karku i że należy czasem powiedzieć “nie”.

Mniej pracujesz, więcej zarobisz

2010/01/21, czwartek

W oświacie obowiązuje przepis, że nauczyciel musi zarobić minimalną kwotę (np. dyplomowany, czyli najwyższy stopień awansu, powinien otrzymywać średnio miesięcznie 4208 zł brutto, tj. na rękę ok. 3 tysięcy). Szczegóły tutaj. W styczniu samorządy muszą przeanalizować poprzedni rok i każdemu nauczycielowi wyrównać, jeśli zarobił za mało. Spodziewałem się sporego wyrównania, tak na oko liczyłem, że będzie to co najmniej równowartość miesięcznych poborów. Jednak zawiodłem się, ponieważ w rozliczeniu zostały uwzględnione wszystkie zarobione pieniądze, a więc także nadgodziny, dodatek za wychowawstwo, wynagrodzenie za pracę na maturze itd. - dosłownie wszystko. W moim przypadku wyszło na styk. Jeśli księgowa się nie pomyliła, to zarobiłem co do złotówki minimum, czyli wyrównanie mi się nie należy.

Otrzymałbym wyrównanie, gdybym nie miał nadgodzin, nie był wychowawcą i nie egzaminował maturzystów. Gdybym miał tylko goły etat, wtedy wprawdzie co miesiąc dostawałbym mniejszą pensję, ale dzisiaj wpłynęłoby wyrównanie. Ale bym się cieszył, że za mniejszą pracę zarobiłem tyle samo co stachanowcy. Kto bowiem wyrabia w szkole minimum godzin, nie ma dodatku motywacyjnego, nie udziela się jako wychowawca, a w egzaminach nie uczestniczy, ten i tak w rozliczeniu rocznym zarabia tyle samo. Po prostu w szkole działa zasada, że minimum każdy musi zarobić, a więcej niż minimum się nie da. Niestety, cieszą się inni.

Naprawdę czuję się jak frajer. Gdybym był mądry, to wyrabiałbym w szkole minimum godzin, następnie pędził na korepetycje, czyli dorabiał na czarno. Im mniej pracowałbym w szkole, tym więcej pieniędzy bym zarabiał, tzn. z gołego etatu miałbym tyle samo co wszyscy nauczyciele, ale korepetycjami sporo bym dorzucił do domowego budżetu. Ponieważ mam nadgodziny oraz wychowawstwo, fizycznie nie jestem w stanie już dorabiać korepetycjami. Nie dziwię się, że niektórzy nauczyciele proszą dyrekcję o goły etat - żadnych nadgodzin, żadnego wychowawstwa, po prostu nic ponad minimum. To są mądrzy ludzie. Doskonale wiedzą, że w szkole każdy, bez względu na wysiłek i wymiar pracy, zarobi tyle samo.

Ile jest warte słowo nauczyciela?

2010/01/20, środa

Słowo nauczyciela liczy się coraz mniej. Wartość ma tylko to, co zostało sporządzone na piśmie. Wczoraj przypomniał nam o tym dyrektor i nakazał spotkanie wychowawców z rodzicami protokołować. Po raz pierwszy w swojej karierze wychowawcy rozpocząłem zebranie od wybrania protokolanta. Wybrana osoba zapisała, kto nie przyszedł na zebranie (po nazwisku wskazała leniwych rodziców), opisała, co wychowawca mówił, a następnie wymieniła, jakie problemy zgłaszali rodzice. Podpisała protokół, wręczyła mnie, ja też się podpisałem i oddałem dyrektorowi. Szef nie tylko wie, co w trawie piszczy, ale ma też na to papiery.

Do tej pory dyrekcja zwykle pytała, jakie problemy zgłaszali rodzice, a my opowiadaliśmy. Dawaliśmy też słowo, że wypełniliśmy polecenia szefa, np. poprosiliśmy rodziców o wpłaty na rzecz szkoły, teraz wszystko musi być opisane w protokole. Jak czegoś nie ma w czarnych literkach, to znaczy, że tego nie było. Trzeba więc pilnować, aby protokolant sumiennie zapisywał przebieg zebrania. Przecież słowom nauczyciela nikt nie uwierzy.

Nie tak dawno kolega opowiadał mi przygodę z dyrekcją swojej szkoły. Otóż był podejrzewany, że czegoś nie zrobił na czas. Dał więc słowo szefowi, że to zrobił w wyznaczonym terminie. I wtedy usłyszał: “Dobrze, zapytam uczniów”. Wyszło więc, że dyrekcja nie ufa swojemu pracownikowi, natomiast większym zaufaniem darzy uczniów. Podejrzewam, że młodzież jest doskonale tego świadoma, iż dyrekcja nie ufa nauczycielom, dopóki prawdziwości ich słów nie potwierdzą uczniowie. Pamiętam, jak w pewnej klasie wielokrotnie i aż do obrzydzenia wyjaśniałem, na czym polega egzamin maturalny (całą procedurę omówiłem, sprawdziłem, czy pojęli, a potem na wszelki wypadek powtórzyłem główne zasady organizacji egzaminu i zapytałem, czy są jakieś pytania - nie, wszystko jasne). Kilka dni później dyrekcja sprawdzała, czy powiadomiłem uczniów o organizacji matury. Młodzież zrobiła mi psikusa, gdyż twierdziła (wyniki podaję z pamięci), że nie poświęciłem na to ani chwili (ponad 20 proc. odpowiedzi), coś tam powiedziałem (35 proc.), mówiłem, ale nie pamiętają, co (25 proc.), trudno powiedzieć, czy coś mówiłem (10 proc.), mówiłem, ale za mało (5 proc.), wystarczająco dużo mówiłem (5 proc.). Komu uwierzyła dyrekcja?

Nie można się spodziewać wysokiego morale od pracowników, którym się w ogóle nie ufa. Jeśli nauczyciele muszą udowadniać, że zrobili to, co zrobili, a potem i tak muszą ich pracę potwierdzić uczniowie oraz rodzice, to nasza etyka zawodowa musi upaść. I autentycznie upada, leży i kwiczy. Za to kwitnie cwaniactwo, kombinowanie i załatwianie fałszywych potwierdzeń. Któregoś razu kazałem uczniowi pokazać, co tam po kryjomu pisze. Myślałem, że jakąś ściągę. Pokazał mi kartkę, na której opisywał, jakie tematy moich lekcji dotyczyły matury. Dowiedziałem się, że dyrekcja bada w ten sposób wszystkich nauczycieli, czy przygotowują uczniów do matury. A przecież wystarczyło nas zapytać. Jaką jednak ma wartość słowo nauczyciela w porównaniu z kartką wypisaną przez ucznia?

Po czymś takim naszła mnie przemożna ochota, aby w klasie maturalnej przeprowadzić szereg lekcji o mojej własnej twórczości (za młodu pisałem wiersze), a na zebraniu z rodzicami pogadać o dupie Maryny. W końcu jak tak dyrekcji zależy mieć czarno na białym, że nauczyciele nic nie robią, to niech ma.