To się nie może wydać

2010/03/18, czwartek

Opowiadają mi znajomi, pracujący w różnych szkołach, o sprawach naprawdę bulwersujących. Załamują ręce, wściekają się, psy wieszają na swoich szefach, narzekają na zachowanie kolegów i koleżanek, a jednocześnie proszą, aby to zostało między nami. Gdy w końcu uświadamiają sobie, że jestem tylko kolegą, wpadają w popłoch, że mogę wszystko zdradzić.

Dałem słowo, że nie powiem, to nie powiem. Jednak martwi mnie postawa wywlekania wszystkich brudów przed pierwszym lepszym słuchaczem i zobowiązywanie go, aby milczał. Rozumiem bowiem, że nie chodzi wcale o to, aby sprawę załatwić, tylko żeby się wyżalić, naplotkować i nagadać się, że ma się durnego szefa, głupich kolegów w pracy, chamskich uczniów i wrednych rodziców.

Pocieszam, jak tylko mogę, przytakuję, że ma człowiek rację, ale proszę, aby spróbował rozwiązać problem. Niech porozmawia z szefem, skoro czuje się upokarzany i wykorzystywany, niech wyjaśni kolegom, że nie jest wielbłądem, niech rozmówi się z uczniami, skoro uważa ich zachowanie za chamskie, niechże też wypracuje lepsze relacje z rodzicami. Nie twierdzę, że to się uda, ale niechże próbuje.

Niestety, moje rady i prośby doprowadzają człowieka do wściekłości. Widzę, że jemu nie chodzi o rozwiązywanie problemów, lecz o pienienie się. A pienić trzeba się tak, aby najbardziej zainteresowana osoba, czyli np. niesprawiedliwy dyrektor, okropny kolega czy wstrętny uczeń albo jeszcze gorszy rodzic, nigdy się o tym nie dowiedziała. Dlatego muszę dotrzymać tajemnicy. Mamy się wspólnie pienić, ale nic więcej nie robić. Pienienie się jest celem samym w sobie.

Pieniłem się bardzo mocno wespół z moimi koleżankami i kolegami z różnych szkół, ale nie powiem ani słowa, co nas tak wpieniało. Dałem słowo.

Kontrakt na przetrwanie

2010/03/17, środa

Dwanaście szkół w Łodzi zostało przeznaczonych do likwidacji. Każda jednak ma szansę przetrwać, o ile uda jej się przyciągnąć uczniów do dwóch klas pierwszych. Dyrekcje tych szkół oraz nauczyciele głowią się, jak skusić 56 osób (klasa musi liczyć nie mniej niż 28 uczniów).

Zwykle szkoły obiecują gruszki na wierzbie, a potem i tak robią swoje. Nic dziwnego, że uczniowie są rozczarowani. Miało być wyjątkowo cudownie, a jest topornie jak wszędzie. Czasem jakiś uczeń upomina się o spełnienie obietnic, ale zaraz wyjaśnia mu się, że źle zrozumiał. Umowy żadnej nie ma, a ulotki reklamowe nie stanowią przecież oferty, z której trzeba się wywiązać pod groźbą kar. Większość szkół więcej obiecuje, niż robi, ale też nikt ich z tych obietnic nie rozlicza.

Uważam, że szkoły zagrożone likwidacją powinny przedstawić uczniom (czy też raczej ich rodzicom) umowy, w których jasno określone zostałyby zobowiązania, jakie biorą na siebie nauczyciele. Wcześniej, oczywiście, dyrekcja powinna ustalić z nauczycielami, co gotowi są zrobić, aby zachować swoje miejsca pracy. Muszę przyznać, że dałbym z siebie wiele, aby nie przyszło mi tułać się po różnych szkołach, być przepychanym z kąta w kąt, traktowanym jako ktoś z upadłej szkoły. Naprawdę wolałbym zakasać rękawy i solidnie popracować z dziećmi, aby placówka przetrwała. Gotów byłbym też zobowiązać się na piśmie, że zrobię to i owo.

Niejedna szkoła, której grozi likwidacja, ma wiele do zaoferowania, tylko nie bardzo potrafi się sprzedać. Przyczepiono już jej łatkę upadłej, kiepskiej, likwidowanej itp., a z takim piętnem naprawdę trudno funkcjonować. Teraz potrzebne jest coś ekstra, np. kampania zawierania umów z rodzicami, że szkoła zapewni realizację konkretnej oferty edukacyjno-wychowawczej (punkt po punkcie należy określić, co będzie się działo).

Tak naprawdę to uważam, że wszystkie szkoły powinny podpisywać z rodzicami kontrakt. Byłoby w nim wyraźnie określone, co oferuje placówka, a jakie warunki musi spełnić uczeń. To jednak tylko mrzonki, bo przecież szkoły, które nie są zagrożone likwidacją, nie będą układać się z rodzicami. One wolą narzucać uczniom swą wolę niż się umawiać. Ja to rozumiem. Mają mnóstwo chętnych, więc mogą stawiać warunki. Co innego szkoły zagrożone likwidacją. Te powinny zaproponować rodzicom pisemne umowy. Wcześniej należałoby całą sprawę nagłośnić, wzór umowy upublicznić i w ogóle zaprosić media do współpracy. Jeśli o mnie chodzi, to jestem gotów w tej sprawie pomóc jakiejś szkole. Byłbym niezmiernie szczęśliwy, gdyby udało mi się przyczynić do uratowania jakiejś placówki przed likwidacją.

Czy nauczyciele są intelektualistami?

2010/03/16, wtorek

Praca umysłowa to za mało, aby czuć się intelektualistą. Potrzebna jest jeszcze “miłość do spraw ducha” (Jan Parandowski). Nie wystarczy więc wiedza, nawet wszechstronna, tę bowiem posiada erudyta. Intelektualista ma wyższe ambicje niż nabijanie głowy informacjami. On chce kierować umysłami i wpływać na sumienia.

Zastanawiam się, jakie ambicje przyświecają nam, nauczycielom. Podobno nie chcemy być wychowawcami? Podobno chcemy tylko uczyć swojego przedmiotu. Godzina wychowawcza jest nam do niczego niepotrzebna, bowiem nie mamy uczniom nic do powiedzenia od siebie. Żadnych moralnych przestróg czy ideowych drogowskazów. Podobno chcemy tylko dobrze przygotować uczniów do egzaminów, natomiast w roli wychowawców młodzieży się nie widzimy. Czy to prawda?

Wyrzekając się prawa do wychowywania uczniów, przestajemy być intelektualistami, a stajemy się zwykłymi pracownikami. Praca nauczyciela polega wtedy na - mówiąc słowami Kołakowskiego - wkładaniu kwiatów do wazonu i dbaniu, aby nie zwiędły. Dlaczego więc domagamy się, aby Wkładacza Kwiatów do Wazonu obdarzano takim samym szacunkiem jak wychowawcę młodzieży? Czy osobę, która podaje piłkę zawodnikom, należy traktować podobnie jak trenera?

Uprawianie edukacji bez wychowywania wzbudza wśród dzieci chaos i niepokój. Wyobraźmy sobie sytuację, że nauczyciel zarzuca uczniów mnóstwem słów, ale ma w nosie to, jakimi są ludźmi, dokąd zmierzają, jakie mają problemy. W razie czego wysyła ich do psychologa, księdza albo po prostu odsyła z kwitkiem. Jest nauczycielem, który swoim uczniom oferuje tylko - jak mówi Szekspir - “words, words, words”. On nie kształtuje charakteru, tylko realizuje materiał.

Świat stawia przed nauczycielami coraz to nowe wyzwania, którym trudno sprostać, dlatego ma się ochotę z czegoś zrezygnować. Ale czy z wychowywania? Przecież dla dzieci nadal ich własna przyszłość jest Wielką Czarną Dziurą. Wepchnijmy uczniów w tę dziurę bez moralnego przygotowania, a uczynimy z nich potwory.

PS: Do napisania powyższych słów zainspirował mnie Belfer 40 (zob. komentarz 19 do wpisu “Kreda czy paralizator”), za co serdecznie dziękuję.

Kreda czy paralizator?

2010/03/15, poniedziałek

Nauczyciele coraz głośniej domagają się od uczniów szacunku. W razie czego potrafią nawet kierować sprawy do sądu przeciwko swoim wychowankom. Takich spraw już jest sporo, a będzie coraz więcej.

Nie chcę występować przeciwko kolegom, którzy w desperacji pognali do sądu, szukając tam pomocy. Na pewno mieli powód. Nie chcę też występować przeciwko uczniom, żądając dla nich surowych wyroków sądowych. Marzy mi się rozwiązanie problemu metodami pedagogicznymi i na gruncie szkolnym.

Trudno się spodziewać, że ktoś wymyśli cudowne lekarstwo. Należy raczej oczekiwać wielu drobnych pomysłów, które przyczynią się do poprawienia sytuacji. Każdy nauczyciel mógłby coś zaproponować, aby wyprawa do sądu po pomoc nie była już konieczna.

Metody wychowawcze, które stosuje się obecnie w szkołach (np. monitoring, kontrakty, ocenianie zachowania), dowodzą jednego: według nauczycieli, wina leży wyłącznie po stronie młodzieży. Tymczasem to tylko część prawdy. Oczywiście dzisiejsi uczniowie są mniej grzeczni niż dawniejsi, ale też dzisiejsi pedagodzy są mniej kulturalni niż ich poprzednicy. Gdy pomyślę o nauczycielach starszego pokolenia, moich kolegach z pracy, emerytach, to muszę przyznać, że byli bardziej wymagający, bardziej surowi, ale też byli bardziej na poziomie niż dzisiejsi pedagodzy. Poza tym mieli oni doskonałe oko do ludzi, więc młodzież czuła przed nimi respekt.

Dzisiejsi nauczyciele - młodzi i ci w sile wieku - prowadzą lekcje z miłym uśmiechem na twarzy, ale w środku często aż się gotują ze złości. To prowokuje do reakcji. Co jeszcze? Nieraz trudno jest odróżnić takiego nauczyciela od uczniów, a mam na myśli nie tylko ubiór, ale też język i światopogląd. Pamiętam, że zainteresowania mojej polonistki i jej styl bycia oraz wysławiania się stanowiły dla mnie niedościgniony wzór. Dzisiaj tacy nauczyciele też się zdarzają, ale o wiele rzadziej. Gdyby ktoś mnie wtedy poprosił o podanie definicji intelektualisty, bez wahania wskazałbym tę polonistkę, ponieważ stanowiła ona ucieleśnienie tego, co wyższe. Niestety, taki styl bycia odszedł do lamusa. Dzisiejsi nauczyciele paplą o tych samych sprawach co ich uczniowie, ekscytują się podobnymi tematami, tak samo obracają w rękach telefony komórkowe i mają podobne plany na wieczór, a czasem nawet gorsze (siedzenie przed telewizorem). Czyż można się dziwić, że są traktowani przez uczniów tak samo, jak się traktuje rówieśników, którzy nie trzymają poziomu?

Niestety, niejednemu nauczycielowi przydałoby się szkolenie na temat stylu bycia i zachowania. Przydałaby się nauka belferskiej estetyki i etyki. Mam na myśli także siebie, gdyż czuję, że schamiałem. Trudno za taki stan rzeczy winić konkretne osoby, to raczej znak czasów. Niestety, nauczyciele potrzebują wychowania tak samo jak ich uczniowie. A idziemy w całkiem innym kierunku. To uczniowie mają być grzeczni i kulturalni, mają nie razić ubiorem i mową naszego gustu, a my, nauczyciele, możemy zachowywać się, mówić i ubierać, jak nam się podoba. To zła droga, dlatego dochodzi do konfliktów i potrzebny nam jest sąd i proces, bo już nie radzimy sobie z uczniami. Jeszcze trochę i zapragniemy, aby młodzież siedziała na lekcji w kajdankach. A nauczyciel zamiast kredy będzie miał paralizator. Czy tak?

Przywracanie autorytetu

2010/03/12, piątek

Fotele autorytetów w pokoju nauczycielskim pozostają puste. Nikt w nich nie siedzi. Nam, nauczycielom, trudno się z tym pogodzić, ale taka jest prawda. Ja sam dla wielu swoich uczniów jestem przede wszystkim “łysym idiotą”, a moja koleżanka “głupią pindą”. Młodzież woła o autorytety, ale nie tak, jak sobie byśmy tego życzyli. Nie pisze grzecznych listów do św. Mikołaja, aby na gwiazdkę dał klasie dobrego pedagoga. Młodzież krzyczy i obraża. Czasem od tego obrażania robię się lepszym człowiekiem, a czasem gorszym.

Jedną z takich nieprzebierających w słowach osób, nastolatkę, która na blogu wulgarnie wołała o autorytet w swoim liceum, nauczyciele podali do sądu. Uznali, że znieważyła funkcjonariusza publicznego. Za to można trafić nawet do więzienia (zob. tekst).

Gdy byłem nastolatkiem, miałem swój kawałek podłogi, gdzie nikt nie mówił mi, co mam robić. To ja mówiłem, o kim chciałem i co chciałem. Zwykle same - to przywilej wieku - gówniane rzeczy. Nie było internetu, nie było blogów, ludzie nie byli tak cienkoskórni jak dzisiaj, więc bez większych strat przeżyłem swoją burzliwą młodość.

Dzisiaj jest o wiele gorzej. Naprawdę współczuję młodzieży, że musi żyć w świecie, gdzie kawałkiem własnej podłogi jest internet. Gdzie wszystko zostaje w pamięci maszyn i może zostać wykorzystane przeciwko tobie. Trudno jest być obecnie nastolatkiem, mieć głód autorytetów i nie móc powiedzieć, że ludzie są do bani.

Wiadomo, że nie tak to powinno wyglądać. Wiadomo, że uczennica powinna przyjść do dyrektorki i powiedzieć jej prosto w twarz, co o niej myśli. Tak samo powinna wygarnąć nauczycielce angielskiego. Pokażcie mi jednak szkołę, gdzie uczy się młodzież robić takie rzeczy. Pokażcie mi szkołę, gdzie można bez konsekwencji wygarniać dyrekcji i nauczycielom. Jedynym miejscem, gdzie obecnie można to robić - straszne, ale takie są fakty - jest mój kawałek podłogi, czyli blog.

Dziewczyna, która napisała o swoich nauczycielach te okropne rzeczy, wypluła z siebie ciemność, ale to i tak nie było wszystko, co w niej siedzi. To przecież dopiero początek plucia. Żaden wyrok sądu tego nie zmieni, nie łudźmy się, najwyżej my sami.

Co słodkiego w szkole?

2010/03/11, czwartek

Jeden z uczniów obchodził urodziny, więc można było zjeść coś słodkiego. Jak się ma pod ręką cukierki, szkoła przestaje być straszna. Nic więc dziwnego, że rozdawanie słodkości to w szkole ważny rytuał - nieraz przeciąga się na pół lekcji, a czasem na całą. Pozwalam na to marnotrawienie czasu, ponieważ też lubię cukierki.

A zatem były cukierki, ale przez to zabrakło czasu. Zamiast więc analizować cały tekst “Roty” Konopnickiej, musiałem wybrać najważniejszy fragment. Niestety, cukierków było dużo, a lekcji coraz mniej. Zostało jej tylko tyle, że z trudem wystarczało na fragment fragmentu. Zdecydowałem się przeczytać uczniom: “Nie będzie Niemiec…” i na tym musiałem zakończyć, bo zaraz miał być dzwonek.

Nie wiem, czy sprawił to cukier we krwi, czy coś innego, ale słowa poetki wydały nam się naprawdę wielkie. Proroctwo na miarę św. Jana i jego wizji Czterech Jeźdźców Apokalipsy. A zatem co autorka chciała powiedzieć, pisząc, że “Nie będzie Niemiec”? Na pewno coś bardzo wielkiego? Jeszcze parę cukierków i odpowiemy na pytanie, kiedy to się stanie.

Słyszę od uczniów, że niektórzy nauczyciele nie pozwalają na częstowanie cukierkami. Podobno to przeszkadza w lekcji, zajmuje czas i utrudnia realizację tematu. Doprawdy, muszę się z kolegami nie zgodzić. Cukierki raczej pomagają, nawet bardzo, nigdy zaś nie przeszkadzają, przenigdy. Wyobraźmy sobie, że odmówiłbym jubilatowi przyjemności poczęstowania wszystkich cukierkami, dzięki czemu miałbym czas na przeanalizowanie całej “Roty”. Daję jednak głowę sobie uciąć, że większe wrażenie zrobił ten mały fragment utworu niż całość. Ktoś mi zarzuci, iż Konopnickiej nie o to chodziło, że “Nie będzie Niemiec”, tylko o coś innego. Być może. Ale kto tam zrozumie poetę, szczególnie bez czegoś słodkiego pod ręką? A jak się zagryzie lekcję cukierkiem, to od razu temat wydaje się przyjemniejszy i szkoła milsza. Dlatego uważam, że słodkości powinny być w szkole obowiązkowe. I to nie tylko na lekcjach języka polskiego, lecz na wszystkich. Dzieci byłyby dzięki temu szczęśliwsze, bardziej twórcze i odważniejsze. Bo cukierki, szczególnie czekoladowe, są dobre na wszystko, także na złą szkołę.

Studenci prowadzą lekcje

2010/03/10, środa

Studenci, którzy w tym roku prowadzą lekcje z moimi uczniami (grupa polonistów z Uniwersytetu Łódzkiego), są bardzo krytyczni wobec siebie. Nie zdarzyło się jeszcze, aby ktoś był zadowolony z tego, jak pracował. Dzisiaj jednak przekroczyli granicę samokrytycyzmu, dlatego zdecydowałem się zareagować (chwaliłem zaraz po lekcji, ale mi nie wierzyli).

Wszyscy narzekali, że nie potrafili zainteresować uczniów literaturą. Młodzież okazywała znużenie, zniecierpliwienie, nawet niechęć do prowadzących. Zamiast skrytykować uczniów i opieprzyć jak św. Michał diabła (mnie aż nosiło, żeby huknąć na klasę - bo stary belfer jestem), że nie raczyli przygotować się do lekcji, studenci brali winę na siebie. Młodzież nie pracuje, ponieważ nie widzi sensu w literaturze (pojedynczy uczniowie pracowali, ale większość okazywała lekceważenie). Martwi mnie samokrytycyzm studentów, martwi niechęć do przywołania klasy do porządku, ale podoba mi się postawa, że literaturą trzeba ucznia zainteresować. Tylko jak to zrobić?

Literatura, towar jak każdy inny. Nic więc dziwnego, że trzeba ją specjalnie podać. Rzucanie nagiej książki na uczniowską ławkę i oczekiwanie, że młody człowiek coś z tego literackiego mięsa wysmaży, to nieporozumienie. Niestety, współcześni uczniowie są przyzwyczajeni do spożywania gotowców, dlatego lektura musi już być wstępnie przez nauczyciela przesmażona, zawinięta w folię i przygotowana do dalszego użycia. Jedyne, czego pragnie większość uczniów, to polecenia, aby gotowy produkt włożyć do mikrofalówki i podgrzać do właściwej temperatury. Ponieważ studenci mają większe ambicje, czyli chcą, aby uczeń ze świeżego mięsa sam zrobił smaczne danie, ponoszą porażki. To przecież niemożliwe.

Surowe dzieło literackie to w obecnych czasach produkt elitarny, dla koneserów. Jest mi naprawdę miło, gdy widzę, że część moich uczniów wypożycza, czyta te surowe teksty i samodzielnie próbuje coś z nich przyrządzić. Jednak nie oszukuję się, wiem dobrze, że większość po to surowe mięso literackie nigdy nie sięga, bo dostałaby - za przeproszeniem - intelektualnej biegunki. Większość uczniów musi sięgać po produkt gotowy, tzw. bryk, a jedyne, co potrafi, to odgrzewać w mikrofalówce. Żołądek większości uczniów innej kuchni literackiej nie zna, tylko produkty z mikrofali.

Nie mam takich ambicji jak studenci, tzn. dopuszczam odgrzewanie gotowców, dlatego moi uczniowie nie cierpią na niestrawność, a ja nie oskarżam siebie, iż nie udało mi się klasy zainteresować świeżym mięsem Mickiewicza czy Słowackiego. Mój Boże, jak ja dawno nie widziałem na lekcji świeżonki! Dopiero jak przyszli studenci, to zobaczyłem mięso w czystej postaci. Czyż można się dziwić, że widok ten zemdlił większość uczniów i doprowadziło ich do wymiotów? Studenci polonistyki, kawał krwistego mięsa na stole naprawdę potrafi przerazić! Proponuję przygotowywać lekcje z użyciem gotowców i mikrofalówki, a klasa będzie szczęśliwa, zaś wy zadowoleni.

PS: Przepraszam tych uczniów, którzy czytają lektury, a nie bryki i opracowania - to nie o was.

Wstydliwe pytania

2010/03/9, wtorek

Kiedy dziecko choruje, rodzice mogą się ubiegać o indywidualne nauczanie. Jeżdżą wtedy nauczyciele do ucznia i nauczają go w domu. W mojej szkole nieraz kilkoro uczniów korzystało z takiej formy kształcenia. Ostatnio w związku z kryzysem stosowne władze mniej chętnie wydają zgodę na tę formę pracy z dzieckiem (to zdanie poprawiłem po uwagach blogowiczów, za co dziękuję), gdyż koszty są niebagatelne. Obecnie mamy tylko jednego takiego podopiecznego.

“Gazeta Wyborcza” opisała przypadek ucznia liceum, który zachorował na raka (zob. tekst i ostre komentarze). Po chemioterapii przebywał w domu i czekał na swoich nauczycieli. Dziecko otrzymało prawo do indywidualnego nauczania, więc nie powinno być problemu. Niestety, nauczyciele podobno unikali pracy, nie przyjeżdżali (samochód się popsuł, stali w korkach itd.), dlatego uczeń stracił semestr nauki. Czyżby znieczulica?

Podobne, nawet trudniejsze przypadki mieliśmy w naszej szkole. Do liceum przychodzą dzieci nieraz z dość odległych miejscowości, przecież rejonizacji nie ma. Gdy jednak trzeba prowadzić nauczanie w domu, pojawia się problem. Trzeba dojeżdżać, np. 20-40 kilometrów. Pamiętam, jak nasi nauczyciele jeździli kawał drogi do ucznia. Nikt nie grymasił. Jednak potem pojawił się problem, kto zapłaci za dojazdy. Gmina nie dała ani grosza, mimo że był to przypadek podobny do opisanego przez “Wyborczą”. Odważniejsi nauczyciele zwrot kosztów wymusili na pracodawcy, mniej odważni siedzieli cicho. Zaprzyjaźnieni koledzy z innych szkół powiedzieli, że w podobnych przypadkach nauczanie przejmuje placówka, która znajduje się najbliżej domu ucznia. W każdym razie łódzki organ prowadzący nie daje ani grosza na dojazdy do uczniów, którzy otrzymali prawo indywidualnego nauczania. W razie problemu winę zwali się na nauczycieli, że nie mają serca i opuszczają dziecko w potrzebie.

Nie odmówiliśmy nigdy, ale docieranie do domu ucznia nie zawsze jest łatwe. Nie każdy nauczyciel posiada sprawny samochód, nie każdy może sobie pozwolić na kilkugodzinny dojazd autobusem. W mojej szkole rozwiązywaliśmy ten problem metodą łączenia godzin, np. jak jechałem uczyć polskiego (3-4 godziny), to raz w tygodniu (gdy było dalej) lub dwa razy (gdy było bliżej). Nieraz rodzice proponowali, że nas odwiozą. Jeśli chcemy pomóc, dobrą wolę muszą wykazać wszystkie strony.

Inna rzecz to przygotowanie do pracy z uczniem chorym. Niestety, nie wszyscy pedagodzy potrafią pracować z osobami, które są w fatalnym stanie fizycznym i psychicznym. Widząc, że kolega nie daje sobie rady, np. nie wie, jak się zachować, gdy uczeń jest w takim stanie, że właściwie nie można go uczyć, tłumaczymy koledze, że chodzi tylko o to, aby z dzieckiem trochę pobyć. Trzeba wykonać jedynie pracę terapeutyczną, a nie dydaktyczną. Do wykonywania tych zadań trzeba jednak nauczycieli przeszkolić. Nie wszyscy rodzą się z talentem i umiejętnościami postępowania z osobami, które umierają. Brak doświadczenia też robi swoje.

Znowu rodzi się pytanie, kto zapłaci za szkolenie dla nauczycieli. Pracodawca nie skieruje, bo nie ma pieniędzy. Pracownik musiałby we własnym zakresie. Gmina przecież nie da ani grosza. licząc, że jakoś to będzie. Łatwo zwalać winę na nauczycieli i samemu umywać ręce.

Pierwsza lekcja kobiecości

2010/03/8, poniedziałek

Kobiety, które chcą dziś wyglądać szczególnie pięknie, powinny pamiętać, że (cytuję szkolny statut):

“Strój galowy dziewcząt to: biała bluzka lub koszula, czarna lub granatowa spódnica, spodnie, sukienka i żakiet.” (zob. źródło,  link Statut, Rozdział VII, § 44, pkt. 3)

Jeśli uczennicom marzy się coś więcej, to ostrzegam, że:

“W szkole nie wolno eksponować: gołych ramion, dekoltów i brzucha, stosować kolczykowania ciała tzw. piercingu, tatuażów oraz wyzywającego manicure. Zakazuje się stosowania wyzywającego makijażu, farbowania włosów”. (§ 44, pkt. 7)

To nie wszystko, bo przecież nie wolno:

“nosić na co dzień butów na wysokich obcasach ani długich kolczyków”. (§ 44, pkt. 9)

Za niestosowny ubiór kobieta może być ukarana:

“upomnieniem ustnym, udzielonym przez pracownika Liceum,
upomnieniem ustnym, udzielonym w obecności rodziców,
pisemną naganą wychowawcy,
pisemną naganą Dyrektora,
naganą Dyrektora udzieloną publicznie wobec wychowawcy klasy, uczniów klasy lub całej wspólnoty szkolnej,
skreśleniem z rejestru uczniów.” (§ 45, pkt 2. )

Dziewczyny, przychodźcie do szkoły na biało-granatowo, bo inaczej zostaniecie zrobione na szaro.

Komu potrzebne są gimnazja?

2010/03/6, sobota

PiS czaruje wyborców obietnicą zlikwidowania gimnazjów i przywrócenia ośmioletniej szkoły podstawowej oraz czteroletniego liceum. Katarzyna Hall ripostuje, że to powrót do systemu gomułkowskiego, i obiecuje, że gimnazja będą kształcić polską młodzież na najwyższym poziomie. Szkoda, że na blogu minister edukacji nie można poczytać, co o tym sądzą internauci - bowiem na tym blogu forum nie istnieje.

Wojna polityczna między PiS i PO o gimnazja mnie nie interesuje. Odrzućmy wyborcze slogany, a podyskutujmy o konkretach. Komu potrzebne są gimnazja?

Niejedno liceum już by padło z powodu braku naboru, gdyby nie możliwość utworzenia gimnazjum. Powstaje coraz więcej takich zespołów - cieszą się nauczyciele, gdyż mają zagwarantowane etaty. Gdy w jakimś liceum robi się mało uczniów, dyrekcje natychmiast kombinują, jak otworzyć gimnazjum i uratować placówkę. MEN zapalił zielone światło dla takich rozwiązań.

Publiczne, bezpłatne gimnazja, w których źle się dzieje, napędzają klientów gimnazjom społecznym i prywatnym, czyli takim, gdzie płaci się czesne. Sam jestem rodzicem i gdybym już dziś miał posyłać córkę do gimnazjum, to wolałbym zapłacić niż ryzykować. W Łodzi nie widzę dobrej szkoły publicznej tego typu (wyjątki pewnie są, ale trzeba szukać ze świecą). Natomiast dobrych niepublicznych gimnazjów jest sporo. Dużo moich uczniów, zdolnych, utalentowanych, jest po niepublicznych gimnazjach. Do liceum już przyszli publicznego - w Łodzi jest w czym wybierać, natomiast gimnazja publiczne to piekła. Być może fakty są inne, ale plotka swoje robi.

Wiele prywatnych podstawówek oraz liceów, także zagrożonych upadkiem, pootwierało gimnazja i dzięki temu przetrwało. Sam pracowałem jakiś czas temu w społecznym gimnazjum, które zostało przyszyte do liceum, aby uratować tę właśnie szkołę.

Gimnazja przyczyniły się do podniesienia poziomu bezpieczeństwa w szkołach podstawowych. W ogóle podstawówki pracują obecnie na wyższym poziomie niż dawniej właśnie dzięki temu, że pozbywają się wyrostków, wypychając ich do gimnazjów. Problem mają z głowy.

Kto jest przeciwko gimnazjom? Największymi przeciwnikami są nauczyciele pracujący w tych szkołach. W zespołach gimnazjalno-licealnych co roku odbywa się walka między nauczycielami o to, aby mieć jak najwięcej godzin z licealistami i jak najmniej z gimnazjalistami. Podjęcie pracy w gimnazjum nazywane jest przez samych nauczycieli samobójstwem. Nie idą do tych szkół księża, wypychając tam świeckich katechetów, a ci przeżywają katusze i proszą Boga o pomoc (zob. dyskusję katechetów o pracy w gimnazjach). W moim liceum pracuje czterech księży - nie trzeba chyba tłumaczyć, dlaczego tutaj podjęli służbę. Do piekła z własnej woli nikt nie pójdzie.

Przeciwko gimnazjom są także nauczyciele przedmiotów maturalnych pracujący w dobrych liceach. Marzy im się dodatkowy rok na przygotowanie uczniów do matury. Ich szkoły na razie nie są zagrożone likwidacją, więc nie myślą, że gimnazjum może im być kiedyś potrzebne. Nie toną, więc nie potrzebują koła ratunkowego. To jednak może się w każdej chwili zmienić. Mojemu doskonałemu liceum nagle tuż obok wyrosło dwóch groźnych konkurentów - szkoły przy Uniwersytecie Łódzkim oraz przy Politechnice Łódzkiej. Kto wie, co się będzie działo za kilka lat. Dziś jeszcze nie, ale jak przyjdzie pora, otworzymy gimnazjum.

Niestety, gdy rozmawiamy o konkretach, więcej argumentów jest za niż przeciw. Cierpienie nauczycieli pracujących w gimnazjach to też konkret, ale - z całym szacunkiem dla koleżanek i kolegów - jakby trochę mniejszy.

Co ty, k…, wiesz o maturze?

2010/03/4, czwartek

Od pierwszej klasy tłumaczę licealistom, czym jest egzamin maturalny i jakie nim rządzą zasady. Dwa i pół roku podawania informacji powinny zaowocować wiedzą. Niestety, niektóre osoby do ostatnich chwil swojej nauki w szkole nie znają podstawowych reguł i wciąż zadają te same pytania. Na przykład nieśmiertelnym pytaniem jest kwestia liczby słów w wypracowaniu z języka polskiego. Jak długa musi być praca stylistyczna?

Kilkadziesiąt razy odpowiedziałem na to pytanie, mówiąc, że co najmniej 250 słów. Znaczy to, że można więcej, a nawet trzeba, bo przecież 250 słów to minimum. Jasne? Często też cytowałem odpowiedni przepis, który brzmi następująco:

“Wypracowanie maturalne zdającego powinno być nie krótsze niż około 250 słów. W  wypracowaniu krótszym niż około 250 słów będzie oceniane tylko rozwinięcie tematu, natomiast styl, kompozycja, zapis i język pracy nie będą oceniane.” (zob. źródło, s. 20 i tu, s. 21)

Kto pyta, nie błądzi, dlatego nikomu nie bronię bycia dociekliwym. Martwi mnie jednak, że non stop muszę odpowiadać na te same pytania, a i tak wiem, że nie do wszystkich uczniów dotrze informacja, mimo że wszyscy byli wiele razy na lekcji i słuchali, jak wyjaśniam.

Niestety, taka niewiedza na własne życzenie to nie jest prywatny problem nastolatków. Przecież różne nadzory sprawdzają, najczęściej metodą ankietową, czy uczniowie otrzymali podstawowe informacje o maturze. Analiza wyników takiego badania dowodzi, że 30 procent uczniów wie dobrze, 50 procent trochę wie, trochę nie wie, a 20 procent nic nie wie. Oczywiście, winny jest nauczyciel, bo przecież nie poinformował.

Tak sobie myślę, może to kwestia języka. Może trzeba używać innych słów, bardziej dosadnych, żeby aż w pięty poszło. Kiedy więc trzecioklasista zapyta mnie, ile słów powinno mieć wypracowanie z języka polskiego na egzaminie maturalnym, może należałoby odpowiedzieć: “Od ch… i jeszcze trochę”. Czy wtedy będzie jasne?

Pozywajmy się!

2010/03/3, środa

Nie tylko uczniowie lądują na ławie oskarżonych za obraźliwe słowa (zob. przykładowy proces), także nauczyciele mogą zostać pozwani przez uczniów. Całe szczęście, że ryba psuje się od głowy i jako pierwszy w roli pozwanego wystąpi były minister edukacji, Ryszard Legutko (zob. tekst). Mam nadzieję, że ryba dalej się nie popsuje i po odcięciu zatęchłego łba będzie się jeszcze do czegoś nadawała. Inaczej mówiąc, nie będzie potrzeby, aby uczniowie kierowali pozwy przeciwko nauczycielom za obraźliwe słowa. Korpus oświatowej ryby jest zdrowy.

Sprawa Legutki jest nam dobrze znana. Zachciało mu się nazwać uczniów smarkaczami i szczeniakami. To bardzo brzydko, ale się zdarza nawet najbardziej kulturalnym ludziom przekroczyć granicę dobrego smaku. Mnie też się zdarzyło, ale gdy do tego doszło, stosowałem biblijną zasadę, że trzeba się z ludźmi pogodzić, zanim zajdzie słońce. Szybko więc przepraszałem i obiecywałem nigdy więcej tego nie robić. Biblia mówi, że kto nie popełnia błędów w mowie, ten jest człowiekiem doskonałym, a tacy będziemy dopiero w niebie. Zatem w życiu doczesnym każdy z nas uchybia mową, czyli czasem ubliża bliźniemu swemu. Gdy tak się dzieje, trzeba umieć okazać skruchę i prosić o wybaczenie.

Piszę w tonie religijnym, ponieważ Ryszard Legutko jest praktykującym chrześcijaninem. Myślę więc, że zna Biblię na tyle, aby rozumieć, że przyznanie się do błędu jest cnotą i nie hańbi człowieka wiary. Gdyby publicznie przeprosił, tak jak publicznie zniesławił, nie byłoby sprawy w sądzie. Mam nadzieję, że proces byłego ministra będzie dobrym przykładem dla nauczycieli, że jednak przepraszać warto. Przede wszystkim dzieci i młodzież.

Nauczyciele pozywają uczniów, ponieważ czują się obrażeni, np. za bycie nazwanym k… Muszę przyznać, że mnie nazwano już ch…, co nie było miłe. Nie skierowałem sprawy do sądu, ponieważ koleżanka przekonała mnie, że uczeń nie może obrazić pedagoga. To nie ta liga. Słowa koleżanki wziąłem sobie do serca. Wprawdzie nie pozwalam komuś, aby mnie nazywał ch… lub inaczej, ale nie czuję się obrażony, gdy do tego dojdzie. Po prostu bez poczucia krzywdy wykorzystuję wszystkie dostępne mi środki pedagogiczne, aby osobnik przestał mnie tak nazywać i wyraził żal za swoje postępowanie. Gdybym skierował sprawę do sądu, obraziłbym tym swoich kolegów, całą radę pedagogiczną oraz dyrekcję szkoły, bo dałbym dowód, że nie udzielili mi pomocy, pozostawili mnie bez wsparcia. W każdym razie gdy mam poważny problem z uczniem, to uznaję, że nie tylko ja mam problem, ale wszyscy pracownicy szkoły. Cała szkoła może w ostateczności pozwać ucznia, ale nie pojedynczy pracownik - to byłoby śmieszne i bardzo nieprofesjonalne.

Wydaje mi się, że wkraczamy w fazę pośpiechu. Tylko zamiast spieszyć się kochać ludzi, spieszymy się ich pozywać, bo jeszcze nam umkną. Jak mamy problem, to straszymy sądem, a czasem nawet zakładamy sprawę. Być może niedługo, gdy nie będę sobie dawał rady z niesfornym uczniem i zwrócę się o pomoc do dyrekcji szkoły, ta mi powie, abym go pozwał. Co tam się bawić w nieskuteczne wychowanie - pozywajmy się!

Radio dla intelektualistów

2010/03/2, wtorek

Coraz więcej instytucji, nie tylko szkoła, uznaje, że od ludzi nie należy wymagać zbyt wielkiej wiedzy. Po prostu wszyscy - mimo dostępu do niezliczonych źródeł informacji - wiemy coraz mniej. Wydawało się jednak, że istnieją oazy, które trzymają wysoki poziom. Niestety, takich oaz nie ma.

Słucham radiowej Trójki nieomal od kołyski. Sądziłem, że to rozgłośnia dla intelektualistów. Pewnie tak było, ale dzisiaj, w związku z Rokiem Chopinowskim, redaktorzy zorganizowali konkurs, w którym padło pytanie: “Czy autorem nekrologu, który ukazał się w “Dzienniku Polskim”, “rodem Warszawianin, sercem Polak, a talentem świata obywatel…”, był Cyprian Kamil Norwid?”. Po jakimś czasie dodzwoniła się słuchaczka, która odpowiedziała, że tak, to był Norwid, a redaktor serdecznie pogratulował jej wiedzy, jaką się wykazała.

Trudno opisać uczucie, które mnie przepełniło. Czego ja słucham? - pomyślałem. Audycji dla przedszkolaków? Nie, ten program był kierowany do dorosłych Polaków, intelektualistów, 30-40-latków po studiach, bo przecież tacy ludzie głównie słuchają Trójki.

Przygotowuję sprawdzian dla licealistów. Zamierzałem ułożyć trudny test, ale po dzisiejszym dniu zmieniłem zdanie. Co ja będę szedł pod prąd. Cały świat się zmienia, od ludzi wiele się nie wymaga, to dlaczego ja mam młodzież wpędzać w kompleksy. A zadam uczniom pytania w rodzaju: “Kto skonstruował silnik Diesla?” albo “Czy promienie Roentgena odkrył Roentgen?”. Tak też zrobiłem.

Narzekamy, że spada poziom nauczania w szkołach. Jednak zastanówmy się, po co szkoły mają śrubować poziom, skoro świat wymaga od ludzi coraz mniej. Wystarczy, ze przytakniesz, a będziesz wielki. Skoro radio dla intelektualistów zadaje pytanie zaczynające się na “czy” i wymaga tylko przytaknięcia, to znaczy, że innych intelektualistów świat nie potrzebuje.

Żona wytłumaczyła mi, że tu chodzi o pieniądze. Radio formatuje konkursy na jak najniższym poziomie, aby jak najwięcej ludzi wzięło w nich udział i wysłało SMS, czyli wpłaciło na konto Trójki określoną sumę. Potem spośród osób, które wysłały kosztownego SMS-a, losuje się osobę, która udzieli odpowiedzi na antenie. To nie konkurs, tylko loteria, a pytania muszą być proste, inaczej mało osób weźmie w nim udział, czyli zapłaci (zob. regulamin konkursu). Teraz wszystko jasne. Chodzi o pieniądze. Wszystkim chodzi o kasę. A gdy chodzi o pieniądze, to się zaniża poziom, bo liczy się zysk. W edukacji jest tak samo jak wszędzie. A co, powinno być inaczej?

Jak dla mnie, to nie ma lepszego radia od Trójki. Nie pozostaje mi więc nic innego, jak się z tym wszystkim pogodzić. Tylko trochę żal, że radia dla miłośników wiedzy już nie ma.

Czyszczenie stołków

2010/03/2, wtorek

Warto zmienić prezydenta miasta, ponieważ w ślad za tym idą wielkie zmiany na wszystkich innych stołkach, także związanych z edukacją. Jak wiadomo, prezydentem Łodzi nie jest już Jerzy Kropiwnicki. Na nowo wdraża się do pełnienia obowiązków wykładowcy akademickiego. Szczęść Boże! Wylecieli wiceprezydenci - plotka głosiła, że jeden z nich wcześniej pracował jako sprzedawca w sklepie. Tego sklepu już nie ma, więc człowiek jest bezrobotny. Co innego szkoła. Miejsce pod tablicą czeka na dyrektora Wydziału Edukacji, Jacka Człapińskiego, który właśnie został odwołany ze stanowiska. Podobno wraca prowadzić lekcje matematyki. Zastanie szkołę taką, jaką ją przez ponad sześć lat czynił, czyli szarą i biedną. Chyba że dla swojej placówki robił wyjątek i przelewał coś ekstra. Jeśli traktował ją tak samo jak wszystkie inne placówki, nie chciałbym być w jego skórze, gdy wróci do pokoju nauczycielskiego.

Nowym dyrektorem Wydziału Edukacji w Łodzi zostaje osoba doświadczona pracą nauczyciela i dyrektora podstawówki, Beata Florek, która kiedyś miała być kuratorem łódzkiej oświaty, ale sprzeciwił się temu skutecznie Roman Giertych. Odpowiedzialna za to mianowanie jest Wiesława Zewald, nowa wiceprezydent Łodzi (od spraw oświaty). Widzę, że pani Zewald nie próżnuje. Co dalej? Gdyby jej władza sięgała Okręgowej Komisji Egzaminacyjnej, pewnie i tam mielibyśmy wymianę personelu. Być może będą zmiany na stanowiskach dyrektorów szkół. Nie od razu, przecież się nie pali.

Warto, aby obecnymi zmianami na oświatowych stołkach przejęli się wszyscy urzędnicy. Im wyższe stanowisko ktoś piastuje, np. dyrektora, kuratora, radnego itd., tym większe prawdopodobieństwo, że to się skończy i trzeba będzie wracać do szkoły. Niestety, długa praca poza szkołą potrafi urzędnikowi wypaczyć rozum. Zapomina, kim był i kim jeszcze może być. Nie pamięta nauczyciel na stołku urzędnika, że może jeszcze nauczycielem być. Wszystkim nowo powołanym urzędnikom życzę powodzenia oraz zdrowego rozsądku. Tak się wyśpicie, jak sobie pościelicie - miejsce w szkole czeka, kto wie, jak prędko do niego wrócicie.

Szkolna abulia

2010/03/1, poniedziałek

Wakacje zbliżają się nieuchronnie, co można poznać po tym, że skończyły się już ferie zimowe. Dzisiaj idę pierwszy raz do pracy po dwutygodniowej przerwie. Jak się spodziewam, głównym tematem rozmów zarówno nauczycieli, jak i uczniów będzie to, że nam się nie chce.

Przypadłość, która dręczy nas wszystkich, nazywa się abulią, a objawia się ona właśnie brakiem chęci do czegokolwiek. Owa abulia szczególnie mocno daje o sobie znać w pierwszych dniach po długiej przerwie w nauce czy w pracy. Dlatego pod żadnym pozorem nie wolno zaraz po feriach narzucać ludziom nowych zadań do pilnego wykonania, bo i tak nic z tego nie będzie.

Rozumny nauczyciel musi pozwolić dzieciom na chwilę jęczenia, że życie jest niesprawiedliwe, ponieważ trzeba się uczyć. Podobnie rozumna dyrekcja nie zarzuci nauczycieli nowymi zadaniami, lecz odczeka ze trzy dni, aż organizm przyzwyczai się do rannego wstawania i wychodzenia do pracy mimo woli.

Niestety, nie wszyscy dyrektorzy szkół są w tej materii wystarczająco mądrzy. Niektórzy nie mogą się doczekać, aby zaraz w pierwszych minutach pracy zarzucić swoich podwładnych robotą. Niech się nie dziwią, że reakcja nauczycieli będzie jedna: “nie chce mi się, bo i tak niebawem zostanie ze mnie szkielet”. Mnie szczególnie mocno dopadło melancholijne uczucie, ponieważ rodzinę odwiedziła śmierć, zabierając osobę niewiele starszą ode mnie. Z tego powodu, chociaż nie tylko, w głowie mam spleen.

Mądrość i doświadczenie nakazują po feriach spieszyć się powoli i nie narzucać innym ciężkiej roboty. Inaczej będzie bunt na pokładzie. W pierwszych dniach nauki każdego łapie za gardło niemożliwość, czyli - jak to wyjaśnił mecenas Tadeusz de Virion - stan, kiedy “chcę, ale nie mogę”. Nie należy mylić tego uczucia, które jest chorobą duszy, z dobrowolnością, czyli stanem, kiedy “mogę, ale nie chcę”. Zapewniam wszystkich, że chcę, ale nie mogę. Dajcie mi kilka godzin względnego spokoju, a dojdę do siebie i będę mógł.

Wakacje zbliżają się nieuchronnie, ale aby je przybliżyć jeszcze bardziej, zarezerwowałem już wczasy dla siebie i najbliższej rodziny. Mam nadzieję, że dobrze mi to zrobi na poprawę humoru. Jak się ma zarezerwowane wczasy, to człowiek wytrzyma w pracy, choćby mu przyszło siedzieć cztery miesiące na jeżu.

Kogo wyrzucić, kogo zostawić?

2010/02/28, niedziela

Amerykanie zastosowali radykalną metodę poprawienia wyników nauczania w pewnej szkole - zwolnili wszystkich pracowników, tj. dyrekcję, nauczycieli oraz psychologów. Pozostawili tylko woźnych (zob. tekst). Wprawdzie Polska to nie Ameryka, ale historię tę można potraktować jako pretekst do spekulowania, co by było, gdyby u nas zastosowano tę metodę.

Niejeden z nas jest przekonany, że wyrzucenie wszystkich i przyjęcie nowych, to jedyny skuteczny lek. Nie tylko zresztą w szkole. Pamiętam, jak kupowałem mieszkanie w pewnym bloku, ale blok nie powstawał, ponieważ inni chętni na mieszkania nie płacili kolejnych rat. Mniejszość, która płaciła, zażądała od prezesa, aby wyrzucił niesolidnych płatników i przyjął nowych. Jednak prezes przekonał nas, abyśmy byli realistami. Nigdzie nie ma lepszych płatników, dlatego zamiast ryzykować przyjmowanie nowych, którzy najprawdopodobniej okażą się jeszcze gorsi, lepiej zmotywować starych, aby wypełnili swoje zadania. I tak się stało. Blok powstał, bo ludzie w końcu zaczęli płacić.

Wyrzucanie wszystkich wydaje się jedyną naprawdę skuteczną motywacją do pracy. Także niejednemu nauczycielowi marzy się, aby zostali wyrzuceni wszyscy dotychczasowi uczniowie i przyjęci nowi, a wtedy wyniki nauczania znacznie się poprawią. Obawiam się jednak, że takie myślenie należy do pedagogicznej fantastyki. Kiedyś, jak czytamy w Biblii, Pan Bóg wyrzucił z ziemi wszystkich ludzi (oprócz Noego i jego rodziny), zsyłając na nich potop. Czy po potopie ludzkość była lepsza? Raczej jeszcze gorsza.

Koleżanka podjęła pracę w pewnej firmie i zorientowała się, że tam prawie wszyscy kradną. Szefowie radzili sobie z tym problemem w ten sposób, że od czasu do czasu zwalniali wszystkich, zarówno złodziei, jak i rzetelnych pracowników. Przyjmowali nowych, ale po pewnym czasie i oni zaczynali kraść. Więc sytuacja się powtarzała. Kto nie kradł, też był zwalniany w imię odpowiedzialności zbiorowej. Nic więc dziwnego, że kradli prawie wszyscy. Dlatego trzeba było coraz częściej wymieniać pracowników.

Polską szkołę dręczy rak, który polega na tym, że nie opłaca się być solidnym pracownikiem. Nie opłaca się w sensie finansowym, gdyż wyniki nie są premiowane. Jakiś czas temu zadano mi publicznie pytanie, dlaczego wykonuję swoje obowiązki, mimo że bardziej opłacalne i możliwe jest unikanie pracy. Nie zdążyłem odpowiedzieć, zrobił to ktoś inny w ten oto sposób:

“Ponieważ pan i wielu innych nauczycieli postępuje zgodnie z zasadami, które nie mają nic wspólnego ze stylem życia, o którym była tu mowa [chodzi o lenistwo i nieróbstwo - D. Ch.], ponieważ wpojono nam poczucie odpowiedzialności, dyscyplinę i chęć przyzwoitego wywiązania się ze swoich obowiązków.”

Wrzucanie wszystkich do jednego worka i sugerowanie, że trzeba dokonać totalnej wymiany ludzi, świadczy o braku pomysłu na naprawę systemu. Politycznie brzmi to fajnie i robi wrażenie na wyborcach, ale praktycznie nie ma sensu. Równie dobrze możemy w podobny sposób reformować służbę zdrowia (wyrzucić wszystkich lekarzy i przyjąć nowych), służbę publiczną (wyrzucić wszystkich urzędników i przyjąć nowych), uczelnie (wyrzucić wszystkich wykładowców i przyjąć nowych). W podobny sposób można uzdrowić cały nasz kraj: trzeba by tylko wyrzucić z niego wszystkich Polaków i znaleźć nowych.

Licea dla każdego

2010/02/26, piątek

Licea i technika powinny konkurować ze sobą o pozyskiwanie najlepszych absolwentów gimnazjów, zaś najsłabszych oddawać szkołom zawodowym. Nic z tego. Licea i technika są gotowe przyjąć każdy narybek, nawet całkiem marny, byleby tylko placówka przetrwała. Dlatego dyrektorzy szkół średnich przekonali nową wiceprezydent Łodzi, Wiesławę Zewald, aby zniosła progi punktowe (zob. tekst). Do tej pory funkcjonował przepis, który nakładał na gimnazjalistów obowiązek zdobycia minimum 30 proc. punktów, inaczej lądowali w zawodówkach. Teraz limitów nie będzie, więc każdy absolwent gimnazjum jakieś liceum bądź technikum dla siebie znajdzie.

Rozumiem rodziców, którzy pchają potomstwo do szkół kończących się maturą. Rozumiem też dzieci, że wybierają licea, mimo iż nie są do nauki w nich w najmniejszym stopniu przygotowane. Skoro można iść do średniej szkoły, a potem na studia, mieć bez wysiłku maturę i wyższe wykształcenie, to dlaczego z tego nie skorzystać? Nie rozumiem natomiast państwa, które funduje swoim obywatelom wykształcenie, do zdobycia którego w najmniejszym stopniu się nie przykładają. Nie uczą się w gimnazjum, ale państwo gwarantuje im miejsce w liceach - piękny gest, na który oprócz Polski nie stać chyba żadnego innego kraju.

Arytmetyka jest bezwzględna: szkołom brakuje uczniów. Nic więc dziwnego, że zagrożone likwidacją placówki szukają sposobów na przetrwanie. Dla dobra państwa - tak mi się wydaje - powinny jednak przetrwać najlepsze szkoły wszystkich typów, tj. zarówno licea, technika, jak i zawodówki. Zawodówki przede wszystkim. Tyle się mówi o reaktywowaniu szkolnictwa zawodowego, a tu proszę, strzał w plecy.

Za naukę dzieci, które powinny trafić do zawodówek, ale są przyjmowane do liceów, idą pieniądze z budżetu. Cieszą się dyrektorzy liceów zagrożonych likwidacją, cieszą się rodzice leniwych i tępych dzieci. Cieszą się właściciele uczelni, którym brakuje maturzystów. Tylko podatnik ma wrażenie, że jego pieniądze państwo wyrzuca w błoto. Bo przecież z tej fikcyjnej nauki nie będzie żadnego pożytku. Dlatego uważam, że zdobycie 30 proc. punktów to absolutne minimum, które uprawnia absolwentów gimnazjum do podjęcia nauki w szkole kończącej się maturą. Ta zasada powinna dotyczyć całej Polski.

PS: Odmienne zdanie w tej sprawie ma prof. Bogusław Śliwerski. Zachęcam do zapoznania się z tekstem “Rekrutacja do liceów i techników wreszcie bez minimalnych progów punktowych”.

Ćpanie w szkole

2010/02/25, czwartek

Wiemy już, że po polskich drogach jeździ więcej kierowców naćpanych niż pijanych. I to trzy razy więcej (zob. tekst). A jednak bardzo rzadko łapie się kierowcę będącego pod wpływem narkotyków, o wiele częściej wpadają osoby podpite i pijane. Wydaje się więc, że problem naćpanych kierowców nie istnieje. Niby narkomani za kierownicą są, ale tak jakby ich wcale nie było. Wiele osób myśli, że po polskich drogach narkomani nie jeżdżą, tylko po niemieckich albo amerykańskich.

Podobnie jest z uczniami. Słyszy się, że młodzież ćpa, jednak zawsze myśli się o kimś z innej dzielnicy, innego miasta, a już na pewno nie z własnej szkoły. Dlatego za wielki sukces należy uznać namierzenie własnego ucznia, który przychodzi na lekcje naćpany bądź nawet ćpa w szkole. To się prawie nie zdarza. A jak się zdarza, to zwykle sprawy się nie rozgłasza, zgodnie z zasadą, że brudy pierze się na miejscu. A uczniowie jarają w szkolnych toaletach, i to o wiele częściej skręty niż szlugi.

Piszę o tym, ponieważ stała się rzecz niesłychana. Nauczyciel gimnazjum w Lipnie na Kujawach złapał ucznia, który palił marihuanę w szkolnej toalecie. Nie tylko złapał, ale także powiadomił przełożonych i policję. Teraz dzieciak ma sprawę w sądzie, a szkoła dostała się na języki (zob. tekst). Zatem wyjątki od reguły się zdarzają.

W szkole obowiązuje niepisana zasada, że jak złapie się ucznia na paleniu papierosów bądź piciu alkoholu, to robi się wielką aferę. Wzywa rodziców, grozi surowymi karami. Konsekwencje rozgłasza się na prawo i lewo, aby działały odstraszająco na amatorów używek. Co innego, gdy uczeń zażywał na terenie szkoły narkotyki. Wtedy trzeba postępować delikatnie, bo jak się rozniesie, że tu się uczą narkomani, to rodzice zabiorą swoje dzieci, a nauczyciele pójdą na bruk. W nielicznych szkołach postępuje się inaczej, czyli tak jak w ww. gimnazjum.

Narkotyki wypierają alkohol i tytoń. Niestety, na wódkę i papierosa istnieje przyzwolenie społeczne. Jak uczniowie palą i piją, to przecież nic takiego. Szkoła nie traci na wizerunku. Inaczej jest z narkotykami, w tej sprawie nauczyciele mają zbyt wiele do stracenia, aby wykazywać się bohaterstwem. Wystarczy jeden złapany narkoman w placówce, a tak naprawdę jest ich wielu, aby rodzice wpadli w panikę. Lepiej udawać, że u nas jest czysto. Choć na całym świecie wojna, nasza szkoła spokojna.

Ilu jest zdolnych uczniów?

2010/02/24, środa

MEN ma ambitne plany - chce obliczyć, ilu jest w kraju zdolnych uczniów:

“Resort chce wprowadzić jednolity dla całego kraju system wspierania uczniów zdolnych. W tym celu jeszcze w tym roku przeprowadzi ogólnopolską diagnozę. Ma ona określić, ilu w Polsce jest tzw. uczniów zdolnych”. (zob. źródło)

W zamiarze ministerialnych urzędników dostrzegam patologiczne motywacje psychiczne, tzw. paranoiczną potrzebę porządkowania wszystkiego. Jakie znaczenie mają wszelkie obliczenia, jeśli i tak nie ma pieniędzy, aby zaspokoić potrzeby wszystkich ambitnych dzieci? Czy chodzi o udowodnienie, że zdolnych jest mniej, niż myślimy?

Nie znam ani jednego człowieka, ani żadnej instytucji, którzy mogliby rzetelnie zbadać, jaki jest odsetek zdolnych dzieci. Kto będzie badał, jeśli nikt nie jest w tej dziedzinie ekspertem? Przecież liczba zdolnych zależy od przyjętych teorii, a w tej dziedzinie nigdy nie było zgody. A jeśli nawet ktoś ma sensowne pojęcie, czym jest zdolne dziecko, to przecież będzie się trzymał z daleka od wydawania zobowiązujących sądów. Wiemy przecież, że z punktu widzenia systemu edukacyjnego nawet Einstein nie był zdolnym dzieckiem, za to jego przeciętni koledzy ze szkolnej ławki - tak. Czy spodziewamy się, że powstaną listy zdolnych, z nazwiskami i numerami PESEL?

Nie wątpię, że w MEN wymyślą, jak odróżnić zdolnego od niezdolnego. Już widzę roje ekspertów od tego zagadnienia. Eksperci ruszą w teren szkolić nauczycieli, ci następnie będą praktykować nabyte umiejętności w swoich placówkach. A na końcu dyrekcja wezwie nauczyciela-eksperta na dywanik i przekona, że jak chce tu pracować, to liczba zdolnych uczniów nie może być niższa od średniej krajowej. Nie zdziwiłbym się, gdyby większość środków została wydana na obliczenia i diagnozy, do tego błędne, a na autentyczne wspieranie zdolnych uczniów w rozwoju nie było - jak zwykle - już nic.

W każdym razie czym innym jest subiektywne przekonanie, które można weryfikować w ciągu pracy z danym uczniem, a czym innym ferowanie wyroków i podawanie konkretnych danych na papierze. Jeśli Katarzyna Hall nie zrezygnuje ze swoich obliczeń, zapraszam na wizję lokalną do mojego liceum. Niech mi pokaże, jak się oddziela ziarno od plew, bo ja tego nie potrafię, mimo że pracuję na szkolnej niwie już wiele lat.

Dobra szkoła w promocji

2010/02/23, wtorek

W pierwszą sobotę marca urządzamy otwarte drzwi i zapraszamy do zapoznania się z ofertą naszego liceum. Nie jest łatwo zaprezentować szkołę w kraju, gdzie reklama polega głównie na upustach i promocyjnych dodatkach. Co może dać moje liceum?

Mam nadzieję, że dyrekcja się na mnie nie pogniewa, gdy zapewnię, że dla pierwszych dwudziestu osób przewidziany jest upust w postaci 50 proc. rocznej stawki na Radę Rodziców. To okrągła stówka do zarobienia. Sam od siebie dorzucę roczny kurs, całkiem gratis, z filozofii w ramach koła filozoficznego. Nie chwaląc się, prowadzę po mistrzowsku. Lekko licząc, jest to prezent wartości równego tysiąca złotych. Jak komuś mało zysku, niech weźmie upominek w postaci półdarmowego wyżywienia w kawiarence, którą prowadzą uczniowie. Piłem i jadłem tam, a nigdy się nie strułem, no i domowego budżetu nie nadszarpnąłem.

Jeśli chodzi o darmochę, to nie płaci się za grę na szkolnym pianinie. Dostępna jest także perkusja, ale ma swojego opiekuna, z którym trzeba umieć się dogadać. Działa rozgłośnia, która nie pobiera opłat za puszczanie nagrań. Urządzenie autorskiego koncertu nic więc nie kosztuje. Kto ma talent dziennikarski, ten może publikować - bezpłatnie - swoje teksty w szkolnym czasopiśmie (”Prusak” ma kilkunastoletnią tradycję, jego prenumerata jest bezpłatna). Toaleta na wszystkich piętrach absolutnie za darmo, papier, mydło i woda też. Suszenie rąk za zero złotych - rzecz niezwykła.

To nie wszystko. Darmowa jest szatnia, do tego w zabytkowych kazamatach. Miejsca do odpoczynku na korytarzach - bezpłatne (fotele dobrze trzymają na boki). Wstęp na boisko, ćwiczenia na siłowni i sali gimnastycznej nic nie kosztują. Nie płaci się też za skorzystanie z przebieralni. Nawet wzięcie prysznica jest za darmo. Czego chcieć więcej? Osobiście gwarantuję, że nigdzie nie ma lepiej. Darmocha i taniocha - brać, bo zabraknie dla wszystkich chętnych.