Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
BelferBlog - Blog Dariusza Chętkowskiego BelferBlog - Blog Dariusza Chętkowskiego BelferBlog - Blog Dariusza Chętkowskiego

23.03.2011
środa

Uczyć własne dziecko

23 marca 2011, środa,

Słuchałem ostatnio nauczyciela, który opowiadał o zaletach uczenia w szkole własnego dziecka. Na przykład dziecko może potajemnie wysłać nauczycielowi SMS, że coś nie gra w lekcji. Brzmi to chociażby tak: „Zacznij stary od początku, bo nie skumaliśmy, o co w tym biega”.

Obecność dzieci nauczycieli w szkole to norma. Uczyłem potomstwo koleżanek i kolegów, także pociechy dyrekcji. Zwykle jednak obowiązywała zasada, że nie daje się nauczycielowi klasy, w której jest jego dziecko. Na syna czy córkę można więc było trafić tylko sporadycznie, np. podczas zastępstw. Teraz jednak dowiedziałem się, że wiele można zyskać, gdy ma się dziecko w swojej klasie. Głównie chodzi o przepływ informacji.

Piszę o tym, ale mam mieszane uczucia. To prawda, że w rozmowach z kolegami czasem słyszałem: „Tak, córka mi o tym mówiła” albo „Mój syn cię chwalił, chociaż słyszałam, że na lekcji było spore zamieszanie”. Niestety, nie mam takiego źródła informacji, gdyż moja córka jest w wieku przedszkolnym. Czy jednak chciałbym mieć ją w swojej klasie, aby w razie czego dała znać, co robię nie tak?

Chwalenie się posiadaniem własnego dziecka w klasie zdradza jedno. Otóż nauczyciele mają problemy z komunikowaniem się z uczniami. Więc jak się trafi potomek w klasie albo dziecko przyjaciół, to wydaje nam się, że trafiliśmy na żyłę złota. To jednak pozory. Nie jest sztuką wykorzystywać własne dziecko jako źródło informacji. Prawdziwym mistrzostwem jest doprowadzić do sytuacji, że obce dzieci będą nam mówiły, co robimy dobrze, a co źle. Niestety, z tym jest o wiele gorzej. Obce dzieci mają siedzieć cicho i robić to, co im każemy. Krytykować nas nie mogą, gdyż ucierpiałby na tym nauczycielski autorytet.

Uważam, że uczenie własnego dziecka w szkole obniża nasz profesjonalizm. Korzystamy bowiem z pośrednika w komunikacji z uczniami. A przecież trzeba docierać do nich bezpośrednio. Zysk tymczasowy z obecności syna czy córki w klasie na pewno jest, jednak na dłuższą metę na tym tracimy. Tak sądzę, ale jestem młody i niedoświadczony. Jak będę miał dziecko w wieku licealnym i kompletnie stracę kontakt z uczniami, to pewnie zmienię zdanie. Tonący bowiem brzytwy się chwyta.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 17

Dodaj komentarz »
  1. „Otóż nauczyciele mają problemy z komunikowaniem się z uczniami.”
    Czy tylko z uczniami ? A z kim nie mają problemów w komunikacji ?
    Jaki system, jakie zasady – taki poziom komunikacji.
    Na przykład:
    ZASADA TRZYNASTA: nauczyciel ma swoje własne zasady; nie musi uzgadniać i koordynować ich z innymi nauczycielami.

  2. Nie wiem, co było bezpośrednią przyczyną napisania Twojego tekstu, Gospodarzu, pewnie był jakiś powód. Podzielę się jednak swoim doświadczeniem. Mieszkam w małym miasteczku: 1 SP, 1 gimnazjum, 1 liceum. Po gimnazjum moje dzieci uciekły do miasta powiatowego, bo nie chciały, by ich rodzic był ich dyrektorem. Teraz jedno skończyło studia, drugie zdaje maturę. Gdyby zostały na miejscu, byłoby podobnie. Oj, ta Twoja perspektywa elitarnej szkoły w wielkim mieście (Łodzi). Pozdrawiam.

  3. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  4. Szanowny Panie Profesorze.

    Pana kolejny dylemat wcale mnie nie dziwi.
    Pod katedrą (praktycznie) rozważano go z równą troską, już mniej więcej 120 lat temu.
    Chodziło o to, w jaki sposób indywidualne relacje rodzinne i/lub wspólnota interesów jednostek wpływają na cele, realizowane hm…korporacyjnie, czyli społecznościowo.
    Jak się okazało, problem zlokalizowano w sferze etyki i deontologii, które to pojęcia zapewne są jeszcze do odkrycia w naszym kraju (zapewne dzięki jakiemuś grantowi z Unii Państw Trzeciego Świata).
    Dylemat zyskał egzotyczne w języku Polan miano „konfliktu interesów”, jego modny wydźwięk (bez kłopotania się treścią) zyskał popularność również nad Wisłą.
    My – nadal przeczuwamy tę modę i opłacamy jej badaczy (np. pewną Panią P. w rządzie).
    Nie zauważono tylko, że tam, gdzie zasady etyczno-deontologiczne (i w ogóle zasady) traktowane są jako spoiwo społeczeństwa i biznesu, jakieś 80 lat temu powstały rozwiązania, uwalniające normalnie praworządnego obywatela od roztrząsania dylematu codziennie, na nowo.

    Tak więc, ku uciesze gawiedzi, proponuję i nam podyskutować, czy Pana dylemat jest czy też nie jest ewidentnym konfliktem interesów pomiędzy celami i zadaniami placówki edukacji publicznej a korzyściami osobistymi.
    Może nasunie nam się także coś o etyce zawodowej albo rodzicielskiej?
    Byle nie doszło w dyskusji do konfliktu interesów z wartościami katechetologicznymi – tu kara byłaby nieuchronna!

    Z uważną nadzieją, spod więc katedry podnoszę.

  5. Gdy zacząłem uczyć się w liceum, trafiłem na koszmarną chemiczkę, która za normalne stawiała po ponad 20 ocen na semestr każdemu uczniowi, większość były to oceny niedostateczne, każdy z nas miał ich przynajmniej 12 na 22 oceny w semestrze. Moje liceum było znane w mieście z tej nauczycielki i jej podejścia do nauczania. Piekiełko trwało w najlepsze aż do czasu gdy w szkole pojawiła się córka tej nauczycielki. Zapomniałem dodać iż ta nauczycielka była wówczas jedyną chemiczką w szkole. Innej nie było. I cud się stał. Nagle wszyscy uczniowie na semestr mięli tylko po 7 ocen a średnia z 2,0 nagle wzrosła do 2,75 w klasach mających chemię. CUD. Jeszcze większym cudem było kiedy mamusia dała córeczce ocenę niedostateczną za nieprzygotowanie do odpowiedzi przy tablicy. Bo córcia się nie nauczyła. Tak naprawdę któryś z jej kolegów wytknął jej kilka dni wcześniej że nie musi się uczyć bo mamusia i tak da jej piątkę. Żałosne i niestety prawdziwe…

  6. @ ync

    ależ właśnie Gospodarz pisze o potencjalnie (?) kapitalnym rozwiązaniu problemów komunikacyjnych:
    ______________________________
    Nie ma to jak dobra wtyka w klasie.
    ______________________________
    Proste, powszechne i przydaje się ta nauczka dzieciom później, w pracy i zarządzaniu.

    PS Pani z linka jest z innego świata – po prostu ma to, czego brakuje większości – inteligencji, poczucia celu, empatii i szacunku dla ucznia.
    Technologia (pomijając jej ewidentne pułapki, jakich Pani nie dostrzega) nie ma tu nic do rzeczy, jest tylko dekoracją dla dobrej gry dobrego belfra.
    Nauczyciele zaś w większości nie tyle ‚nie lubią się mylić’, ale dobrze wiedzą, że się mylą z zasady i nieustannie – programowo, tkwiąc w tym zawodzie. Stąd reakcje.

    Pozdrawiam.

  7. ja mam jak najgorsze doświadczenia z chodzenia do klasy z dziećmi nauczycieli nas uczących…

  8. Kiedy bylem w szkole (Ojciec byl w niej nauczycielem) przydarzyla mi sie nastepujaca historia. Po mojej odpowiedzi nauczyciel wahal sie: 3+ czy 4-.
    W koncu zapytal sie: „Czy X to twoj krewny?” . „Tak, to moj Ojciec”.
    „No to 3+, powinienes byc lepiej przygotowany”.
    W szkole bylo wielu bardzo dobrych i szanowanych nauczycieli, ale rzadko ktory zyskal tak wiele szacunku w oczach klasy i moich(!), jak tenze Pan.
    Ale to bylo ponad piecdziesiat lat temu.

  9. xbelfer: tak czy inaczej uczeń dostaje za swojego rodzica – belfra. Jak mu nauczyciel zaniży ocenę, to dlatego, żeby nikt go nie posądził o faworyzowanie dziecka belfra. Jak postawi dobrą, nawet zasłużoną ocenę – i tak koledzy powiedzą, ze to dlatego, że ma rodzica – belfra. Albo że dostał pytania na sprawdzian od matki/ojca. Czy więc uczeń – dziecko belfra powinien zawsze na wszelki wypadek dostawać zaniżone oceny? Rodzic – belfer będzie się czuł co najwyżej niezręcznie. Dziecko ma zawsze przechlapane. Problem z komunikacją jest tu zupełnie drugorzędny. Jak nauczyciel ma kłopoty z komunikacja, to i dziecko w klasie nie pomoże.

  10. Wyjdę nieco poza stricte utylitarny aspekt istnienia w klasie nauczycielskiego dziecka.

    Współczuję nauczycielom, których dotyczy ten problem. Bo to również i najgłębiej problem mentalny. Swoiste rozdwojenie jaźni. Nauczyciel jest jednocześnie nauczycielem i nie-nauczycielem., uczeń jest jednocześnie uczniem i nie-uczniem.

    W normalnej klasie wszystko jest jasne.
    Nauczyciel jest nauczycielem, należy do gatunku wyższego, choć przez wszystkie istoty niższe jest konsekwentnie i uporczywie poniżany (zazwyczaj z zazdrości).
    Uczniowie to bogate spectrum od rozwrzeszczanej tłuszczy, poprzez hołotę, dzicz, badziewie(?), tumanów, nieuków, etc. etc. aż po prozaiczne bachory (na podstawie cytatów dosłownych spontanicznie z ust nauczycieli wypływających).
    Rodzic to z kolei roszczeniowy nieuk, który o szkole nie ma pojęcia, najczęściej żadnej szkoły nie ukończył, a jeżeli już, to z łaski nauczyciela, który go z tej szkoły wypuścił, aby mieć wreszcie spokój (vide: zeszły tydzień); Nie ma on nic do gadania, ani pojęcia o niczym.

    I jak tu w jednej osobie zmieścić te sprzeczności? Jak tu spojrzeć na ucznia, który de iure jest badziewiem, zaś de facto należy do gatunku wyższego? Kiedy nauczyciel jest rodzicem, a kiedy nauczycielem, za progiem klasy, przed drzwiami szkoły, w pokoju nauczycielskim? Ufff!

    Gdyby to ode mnie zależało, wprowadziłbym dodatek dialektyczny, powiedzmy 5% od zasadniczej dla nauczyciela uczącego nauczycielskie dzecko. 5% od sztuki.

  11. re goska
    Ja sie akurat wtedy nie czulem pokrzywdzony. Wrecz przeciwnie, uniknalem wtedy w oczach klasy jakiejs latki typu – teacher’s pet – nie przychodzi mi na mysl polski odpowiednik (przepraszam, wiekszosc czasu uczylem po angielsku), czy komentarzy typu „no tak, reka reke myje”.
    Oceny sa prawie zawsze mniej lub bardziej subiektywne. W chemii, fizyce, matematyce (przedmioty ktore uczylem) jest (pewnie) latwiej wypracowac schemat oceny ucznia (rownanie – 1 punkt, podstawienie danych – 1 punkt, rozwiazanie – 1 punkt itd) niz w przedmiotach humanistycznych, ale i tak oceniajac zadania z pomylkami trudno sie ustrzec od subiektywnosci, a juz odpowiedzi ustne w znacznej mierze umykaja tym kryteriom. Jest to mi znacznie latwiej widziec to teraz, z perspektywy moich doswiadczen jako nauczyciela.
    Poza tym, szczegolnie wtedy (lata piecdziesiate), w klasach byly dzieciaki z naprawde najrozniejszych warstw spolecznych i – przynajmniej w mojej opinii – nauczyciel mogl wziac na to poprawke. Wiem, ze w tym momencie poruszam wielce drazliwy temat – punkty za pochodzenie spoleczne, plec, kolor skory ……Ale nie o to mi tutaj chodzi.
    Po prostu ten nauczyciel, wtedy mogl miec jakies racje, ktorych, znowu, z perspektywy swoich doswiadczen nauczycielskich nie chce ani oceniac ani kwestionowac.
    I, tak jak wspomnialem, nie zawazylo to jakos na moim zyciu.

  12. Eltoro
    Uff, ciężkie słowa. Kryj się, bo będą chcieli cię zaszlachtować za te słowa – ścierką od tablicy albo jakimś innym szkolnym przyrządem.

  13. @ ync

    nie słowa a grzechy opisywane są ciężkie…

    Złe chęci innych skłaniają mnie raczej do przeciwdziałania, niż lęku i ukrywania się.
    Jak na razie w życiu wystarcza mi w tym celu packa na muchy.
    Za słowa otuchy i troskę, tym bardziej dziękuję 🙂

  14. @ corleone

    czy mógłbyś być nieco mniej wysublimowany sposób migać lustrem przed oczyma bazyliszka?
    Obawiam się, że Pańcie Groniaste nie zrozumieją przekazu, a szkoda byłoby tak pięknie oświatowego wywodu zmarnować.
    Ci, co zrozumieli, zapewne się zawstydzą – a prędzej wystraszą.
    A to akurat jedyne cenne jednostki w tym gronie…hihi

    Pozdrawiam z pokornym uznaniem.

  15. Moja mama nauczycielka nie miała zdaje się takich dylematów – doskonale sama panowała nad klasą i nie potrzebowała opinii 13-latki, która jeszcze nie ma pojęcia o chlorofilu na temat swojej pracy. A już absurdalne mi się wydaje, że ja mogłam dostrzec czy ktoś kuma temat czy nie lepiej niż ona!
    Jakimż miernym trzeba być, żeby samemu nie wiedzieć czy się dobrze wykonuje swoją pracę!
    Nigdy nie byłam też jej wtyką.
    Poza tym z perspektywy dziecka-ucznia – wydawało mi się to całkowicie naturalne, że w klasie jest moim nauczycielem jak każdy inny nauczyciel, w domu jest mamą.
    Dosyć jasno nakreśliła tę granicę – w trakcie lekcji nie zwracałam się do niej per „mamo”, ale też nie „proszę pani”, starałam się kierować pytania bezosobowo.
    Oceniam te relacje bardzo zdrowo – bo mama nigdy nie udawała nikogo innego w klasie, niż była w domu – te same zasady, te same metody wychowacze, te same reguły gry dla każdego dzieciaka, różnica była tylko jedna: z całej klasy kocha się tylko jedno dziecko – swoje.

  16. @ Bess,

    nie jestem pewny, co chciałaś przekazać w swoim tekście jako wniosek, ale pozwolę sobie wykorzystać i skomentować kilka fajnych składników:

    „Jakimż miernym trzeba być, żeby samemu nie wiedzieć czy się dobrze wykonuje swoją pracę!”
    – Dostatecznie, a to aż za dużo aby pracę w szkole dostać.

    „13-latka, która jeszcze nie ma pojęcia o chlorofilu”
    – Dzisiaj trudniej byłoby o taką, co nie ma pojęcia o seksapilu

    „w trakcie lekcji nie zwracałam się do niej per ?mamo?, ale też nie ?proszę pani?
    – tę lekcję pewnie opuścił Pan Rostowski

    Propozycja do naszej Złotej Galerii Wizerunku Nauczyciela Polskiego:
    _______________________________________
    z całej klasy kocha się tylko jedno dziecko ? swoje.
    _______________________________________

    Bo jednak jakby wrażenie ogólne mi się chyba nasuwa być może, że własne dziecko w klasie to nie jest zdrowa droga oświatowa.
    I wcale nie mniejsze to wrażenie, po Twoim tekście, choć zapewne nie podzielasz tej opinii.

    Pozdrawiam.

  17. Dobry kumpel mojego brata byl moim nauczycielem. Jak mi postawil piatke za sprawdzianu to zawsze z komentarzem: ” Kto nie wierzy, ze to praca na piatke, to niech poczyta”.
    I nikt juz nic nie kwestionowal.

css.php