Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
BelferBlog - Blog Dariusza Chętkowskiego BelferBlog - Blog Dariusza Chętkowskiego BelferBlog - Blog Dariusza Chętkowskiego

11.03.2009
środa

Metafizyka teatru

11 marca 2009, środa,

Jaki teatr może zainteresować dzisiejszą młodzież? Zabrałem 17-latków na „Wyzwolenie” Wyspiańskiego wystawiane w Teatrze Jaracza w Łodzi, aby się przekonać, jak zareagują na współczesną formę teatralną. Czy będą to dla nich nudy, czy też coś zaiskrzy w kontakcie ze sztuką.

Przedstawienie nie należy do łatwych, ale aktorzy starali się uczynić Wyspiańskiego przystępnym. Wprawdzie nie było chwytów erotycznych, szokujących gestów ani wulgarności, co często zdarza się we współczesnych spektaklach, ale chyba nie jest to konieczne, aby przedstawienie zostało zaakceptowane przez młodego widza.

Po spektaklu spotkali się z nami aktorzy starszego pokolenia, tj. Zofia Uzelac i Piotr Krukowski (młodzi aktorzy po oklaskach zniknęli w garderobie i do nas nie wyszli). Z aktorami nie zawsze dobrze jest rozmawiać, gdyż czasem poza cudzym tekstem nie mają nic do powiedzenia. Mówią banały, posługują się frazesami, mają pretensje do świata, że jest surowy dla teatru itp. Teraz jednak było inaczej. Piotr Krukowski podjął ważny temat: jak ocalić metafizykę teatru we współczesnej kulturze, zdominowanej przez tandetę i komercję. Czy teatr umrze tak jak dinozaury, czy też ewoluuje i rozkwitnie w nowej formie. W jakiej formie?

Aktor podzielił się spostrzeżeniem, że tekstu na scenie nie należy interpretować, lecz przekazywać widzowi. Należy mu odgrywaną rolę przekazać, aby się z nią zetknął, przyjął ją, odczuł. Gdy Krukowski mówił o nieinterpretowaniu, pomyślałem o szkole, w której głównie interpretujemy teksty. Może właśnie powinno się teksty podawać, stwarzać uczniom okazję do przyjęcia tekstu, zetknięcia się z nim i odczucia jego sensu, a nie zrozumienia interpretacji. Chodziłoby więc w tej koncepcji o siłę metafizyki, a nie o przyswojenie szkolnej interpretacji lektur.

Zofia Uzelac, absolwentka liceum, w którym pracuję, mówiła o znaczeniu studiów aktorskich, o zawodowym przygotowaniu do roli, o odpowiedzialności za grę – same piękne rzeczy. Spotkanie z aktorami było świetnym dopełnieniem przedstawienia. Brakowało mi tylko głosu młodszego pokolenia. Młodzi aktorzy, grający w tym przedstawieniu (studenci czwartego roku), nie są jeszcze zmanierowani, omamieni żądzą sławy i wielkich zarobków za niewymagające wysiłku role w serialach. Szkoda, że do nas nie wyszli.

Z łezką w oku wspominam swoje spotkanie z aktorami (było to wiele lat temu), z którymi po spektaklu napiłem się wódki. Najpierw długo rozmawialiśmy o teatrze, a potem jeden z nich wyciągnął niespodziewanie butelkę i podał dalej. Morał z tego taki: bezpośredni i bliski kontakt aktorów z publicznością jest konieczny dla odczucia metafizycznej siły sztuki. Przed ekranem telewizora tego nie można doświadczyć.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 5

Dodaj komentarz »
  1. Maturę zdałem dawo, dawno temu. Polonista w liceum wymagał od nas chodzenia do teatru przynajmniej jeden raz w miesiącu (samodzielnie!) oraz obowiązkowego czytania Życia Literackiego (dostepne było tylko spod lady). Interpretacje tekstów odbywały się wspólnie na lekcjach w atmosferze gorących sporów, często braku końcowego porozumienia i „spisywaniu protokołów rozbieżności”. Ci z nas, którzy jeszcze zostali reprezentują różne opcje ideologiczne, ale łączy nas wspólnota wzajemnego zrozumienia.

  2. Niestety, są nauczyciele, którzy upierają się przy jednej interpretacji utworu, a inne oceniają negatywnie i nie dopuszczają do żadnej dyskusji.

    Jest jeszcze jedna ciekawa kwestia: czy wyprawy uczniów do teatru/kina/muzeum, odbywające się w ramach programu szkolnego, powinny być darmowe (opłacane z budżetu szkoły/gminy) , czy też trzeba wymagać od rodziców, by za nie płacili? To drugie wydaje mi się złamaniem zasady bezpłatnego szkolnictwa w momencie, gdy wymaga się jednocześnie obecności ucznia na takiej wycieczce edukacyjnej.

  3. Jest jeszcze druga ciekawa kwestia, np.
    czy pomoce naukowe i materiały do lekcji przeznaczone dla uczniów powinny być darmowe, czy też powinien je finansować nauczyciel, jak ma taką fanaberię, że chce dać uczniom jakieś kserówki? w momencie, gdy się wymaga /przykładowe scenariusze lekcji roją się od plansz, kserówek, krzyżówek/ żeby uatrakcyjniać lekcje.

  4. Panie Chętkowski, to jasne, że przed ekranem telewizora nie doświadczymy tej metafizyki, jaka rodzi się na deskach teatru, gdy wszystko dzieje się na żywo, a nie jest wyreżyserowane niczym jakiś spektakl filmowy. Czy jednak telewizja nie mogłaby przyłożyć ręki do kreowania wspólnoty młodych głów, o które tak bardzo walczy polska oświata (choć jest to najczęściej – niczym u Don Kichota – walka z wiatrakami)? Kiedyś Telewizja Publiczna nadawała bardzo ciekawe spektale w Teatrze dla Dzieci, a dla starszych w Scenie Młodego Widza… Obecnie, już od wielu lat, spektakle te nie są obecne na antenie – i gdzie tu osławiona „misja” telewizji?! Uczę się w prowincjonalnej szkole i naprawdę ciężko jest u nas zachęcić uczniów do pójścia na jakikolwiek spektakl, a czym skorupka za młodu nasiąknie…

  5. Cóż, ten post świadczy o tym, że jednak mimo wszystko teatrów nie powinno się zamknąć bez wyjątku, a aktorów i reżyserów wywalić na przysłowiowe zbite mordy. Przykro pisać, ale przez ostatnie parę lat nie byłem ani razu w teatrze. Dlaczego? Po kilku sztukach (ostatniej pewnie ze 3 lata temu), które albo były bez sensu, albo epatowały prostacką erotyką, a także (sporo lat temu) jednych warsztatach teatralnych, powiedziałem: dość, ja do tego teatru więcej nie pójdę. G… jeść z własnej woli nie muszę. Miło więc wiedzieć, że istnieją wyjątki (bo w to, że istnieją, wiarę zachowałem – ale doszedłem do wniosku, że szkoda mojego czasu i nerwów, żeby ich szukać samodzielnie…).

    Pozostaje pytanie o ten kontakt ze sztuką. Czy w ogóle jest jeszcze jakaś sztuka? (Tak, wiem, upraszczam i prowokuję;).) Ale popatrzmy: oto kilka lat temu stwierdziłem, że w ramach tzw. odchamiania warto zainteresować się literaturą współczesną, a nie tylko przypominać sobie książki z kanonu szkolnego. No to wziąłem się systematycznie i rozumnie (a przynajmniej tak mi się zdawało) – wziąłem pewną (poczytną, ale uznawaną za trzymającą dobry poziom intelektualny) gazetę i zajrzałem do działu recenzji. Z przeciętnej recenzji byłem w stanie zrozumieć głównie spójniki, więc dość szybko dałem sobie spokój. Raz też byłem (w roli belfra) na wystawie tzw. grafiki współczesnej, czyli zbioru kółek, kwadracików, kleksów i gołych babek w różnych wariantach. Przynajmniej mogliśmy się pośmiać, choć był to śmiech ponury. Można też (jeśli ktoś lubi klimaty masochistyczne) zainteresować się postmodernizmem, ale wtedy (zdaje się) dowie się, że w sumie i tak nie warto, bo nihil novi i to już i tak wszystko było (co w sumie jest pewnie całkiem racjonalnym sposobem usprawiedliwienia własnej niemocy twórczej – czy to się właśnie nie nazywa wyparciem?)

    I teraz tak. Być może źle trafiłem. Być może w sztuce współczesnej *coś* jednak jest (oprócz wielkiego wołania: „zauważcie mnie, i najlepiej jeszcze mi zapłaćcie!”). Ale uważam, że naprawdę podjąłem jakiś wysiłek, żeby poderwać współczesną sztukę – ale dostałem parę razy z rzędu wrednego kosza. Nie, to nie. Mogę się zamknąć, cofnąć parę-paręnaście-parędziesiąt lat, poczytać Tolkiena, Lewisa i Chestertona, albo Sienkiewicza i Gombrowicza, albo nawet Witkacego, a właściwie to czemu nie i Norwida (chociaż i tak go pewnie nie zrozumiem, a tego akurat żałuję), no i odnowić starą, choć na razie jeszcze luźną znajomość z Dostojewskim czy Conradem. Ale druga połowa XX wieku (oczywiście, są wyjątki) niech się lepiej trzyma z dala. Z własnej woli wiadomo czego jeść nie muszę.

    Ciekawe, że muzyka wyłamuje się z tego schematu. Nie słucham jej za dużo (tzn. słucham bardzo dużo, ale mało różnorodnie – raczej w kółko paru rzeczy, które lubię), i moje życie bez takiego Heitora Villi-Lobosa (jeśli znacie jego koncert na gitarę klasyczną i orkiestrę albo genialne Bachianas Brasileiras, to wiecie, o co chodzi) czy Piazzolli, czy, powiedzmy, Sibeliusa (choć to już w sumie trochę dziadek;)), a z innej beczki Budzego czy paru młodych raperów byłoby o wiele uboższe. Dlaczego muzycy mogą, a literaci i kleksostawiacze nie? A jeśli jednak mogą, to czemu nie chcą nikogo zachęcić, tylko wprost przeciwnie, zniechęcają – albo oni, albo jakiś establishment krytyków, snobów i frustratów, który się wokół nich tworzy?
    Jak się ich nauczyć, żeby nie oberwać od chamów, co się nie znają (pewnie, że się nie znam – gdybym się znał, nie przychodziłbym po prośbie, żeby mnie ktoś nauczył!)

    No to się rozpisałem;).

css.php