Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
BelferBlog - Blog Dariusza Chętkowskiego BelferBlog - Blog Dariusza Chętkowskiego BelferBlog - Blog Dariusza Chętkowskiego

14.08.2009
piątek

A jednak kochamy krytykę

14 sierpnia 2009, piątek,

Dzieci lepiej się rozwijają, gdy otrzymują liczne pochwały. Uczniowie osiągają większe postępy, gdy nie żałujemy im słów uznania. Pacjenci dobrze się trzymają, gdy są ciągle pokrzepiani i chwaleni. Wszyscy doskonale to znamy, ale co z tego, skoro głównie krytykujemy. Dla dobra dzieci rodzice mówią im, co zrobiły źle. Dla dobra uczniów nauczyciele wytykają im błędy. Dla dobra pacjentów lekarze tłumaczą im, jak zły styl życia prowadzą i że szkodzą swojemu zdrowiu.

Człowiek nie uświadamia sobie, jak często krytykuje ludzi wokół siebie. Za to o wiele trudniej przychodzi mu chwalenie innych. Na samą myśl o tym, ile razy skrytykuje mnie szef w nowym roku szkolnym, aż mi się odechciewa wracać do pracy. Oczywiście szef dobrze wie, że pochwałami więcej by zdziałał, ale co z tego, skoro jak każdy człowiek lubi krytykować.

Nie wątpię, że z podobnymi uczuciami borykają się uczniowie. Z obawy przed czekającą ich krytyką ze strony nauczycieli aż dostają drgawek i bólu brzucha. Bardzo chciałbym chwalić swoich uczniów, wiem bowiem dobrze, jakie to ważne, a jednak pewnie nie powstrzymam się i będę głównie krytykował, wytykał błędy, pouczał i zrzędził. W efekcie mniej zdziałam, niż gdybym tylko chwalił, a ewentualne błędy po prostu przemilczał.

Dlaczego tak się dzieje, że wiedząc, co jest lepsze (pochwały), wybieramy to, co gorsze (krytykę)? Czy naprawdę trzeba wciąż ludziom zwracać uwagę? Dlaczego nie możemy się oprzeć, aby powiedzieć coś przykrego albo poprawić czyjś błąd? Czy nie lepiej uznać, że do pewnych pomyłek każdy człowiek ma prawo?

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 15

Dodaj komentarz »
  1. Może i nie trzeba, ale zauważyłam, że ludzie wolą, kiedy zwraca się uwagę na ich błędy, o ile sami ich nie dostrzegają. Albo obracam się wśród ludzi lubiących bycie w pewnym stopniu besztanym albo pragnących nie popełniać dwa razy tego samego błędu (wyciągnięcie wniosków z tych popełnionych). Także jeśli chodzi o moją osobistą opinię – wolę dostać od nauczyciela zdrową dawkę konstruktywnej krytyki niż pogodne „wszystko dobrze, wszystko cacy”. Uzasadnione uwagi są cenne.

  2. Ja to uważam że Gospodarz bardzo dobrze pisze blog.Tematy na nim poruszane są bardzo ważne dla wszystkich nauczycieli.Szczególnie jak często zajmuje się dobrem nas wszystkich,nauczycieli znaczy się.Wiadomo że szkoła to dla nas jest najważniejsza bo taki uczeń to szkołę skończy i jak mu się uda to o niej zapomni a my to zapomnieć nie możemy.
    Bardzo dziękuję gospodarzowi że w co drugim blogu kwestie niskich uposażeń porusza bo wiadomo że jak by nam więcej kasy dali to by nasza edukacja najlepsza była.

  3. cóż, dopóki nasze ego będzie na pierwszym planie nie unikniemy krytyki ( auto psychoterapia). Ono musi mieć ostatnie zdanie i wie wszystko o drugim nawet to co mu jest potrzebne. Przejawia się to nie tylko w wymiarze jednostkowym , ale i społecznym – Partia zawsze miała racje, w PRL-u, ona wiedziała co dla nas dobre a co nie.
    cóż żyjemy w takim świecie i jedynie b. głęboka refleksja nad samym sobą jest w stanie wybudzić nas z tego snu.
    pozdrawiam autora – tak trzymać

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. Swego czasu brałam udział w szkoleniu. Psycholog zmiażdżyła biorących w nim udział nauczycieli pokazując wyniki badań przeprowadzonych na innej grupie: polecono wypisać słowa, które najlepiej opisują ucznia… no i się posypały osły, głąby itd. Nieśmiało wtrąciłam, że chyba taka to już nasza natura, gdyż niech pani psycholog sama spróbuje wymienić cechy swoich sąsiadów i ciekawe ile z tego będzie pozytywnych. Pani psycholog szybko zmieniła temat, tak więc chyba miałam odrobinę racji. I pytanie brzmi, czy to z czym mamy do czynienia, to rzeczywiście po prostu paskudni nauczyciele, czy paskudne nawyki tkwiące w nas wszystkich.
    Chyba jesteśmy przyzwyczajeni, nauczani zwracać uwagę na to, co jest złe, stąd i cała gama określeń, spostrzeżeń, którymi dysponujemy. Co więcej, jesteśmy nawet przyzwyczajeni do tego, aby otrzymywać krytykę, niż przyjmować pochwałę. Często od razu doszukujemy się drugiego dna.
    Staram się chwalić i mówić jak coś powinno być zrobione, a nie jak nie powinno (różnica niby niewielka, ale często dzieciaki, którym coś się zakazuje nie wiedzą co czy jak należy coś zrobić). Ale: dobra pochwała to taka, która rzeczywiście dotyczy czegoś, co zostało dobrze zrobione. Przykład podręcznikowy, chyba najłatwiejszy do przedstawienia: nie chwalimy rysunku bo „jest fajny”, ale poszczególne elementy- jest to ważna informacja dla dziecka, co rzeczywiście zrobiło dobrze, dzięki czemu wzmacniamy w nim chęć do dalszej dobrej pracy. Jeżeli natomiast pochwalimy „fajny” rysunek, który jest koszmarkiem przelanym na papier, to wzmacniamy bylejakość, niestaranność i lenistwo. Krytyka jako taka też nie jest złym narzędziem, pod warunkiem, że daje informację jak coś powinno powinno być wykonane- nie „ten bohomaz jest ohydny”, ale „powinieneś bardziej uważać, aby mieścić się w konturze” i od razu potwierdzenie tego, co udało się najlepiej, np. „dobór kolorów jest niezwykle ciekawy, od razu wpada w oko”. Czyli- jak na mój gust- zawsze staramy się utrzymać równowagę, nie uciekamy w skrajną krytykę, jak i w cielęcy zachwyt. Warto też zasięgnąć języka u samego zainteresowanego, co uważa za najsilniejszy punkt swojej pracy. Okazuje się, że, chyba z wyjątkiem dzieci wypuszczonych na zupełnie niekontrolowaną łączkę zwaną bezstresowym wychowaniem i rozbestwieniem do kwadratu, większość osób ma z tym problem. Nauczyć się chwalić, prezentować, to też sztuka, a jakże potrzebna zwłaszcza w miejscu pracy.
    Ale czasami… już nie ma czego pochwalić i oblanie zimną wodą też może być przydatne, a wręcz konieczne. Nie można doszukiwać się pozytywów u osoby, która wręcz promieniuje lenistwem i chamstwem, podobnie jak nie nazywa się obornika perfumami.

  6. Uczę się w liceum profilowanym. Co prawda może piszę to zgodnie z powiedzeniem „złej baletnicy przeszkadza rąbek u spódnicy”, ale czasami warto kąsać w obronie własnego terytorium – w tym wypadku kolegów i koleżanek z klasy i ze szkoły. Pamiętam, że w gimnazjum wszyscy byliśmy motywowani, nauczyciele przemilczali nasze błędy – a warto nadmienić że była to placówka o dosyć wysokim poziomie, nie jakaś tam wylęgarnia patologii. Natomiast w liceum rozpoczął się dramat. Już 2 września kiedy rozległ się pierwszy dzwonek usłyszałam, jacy to wszyscy jesteśmy źli, że na pewno nie zdamy tak jak poprzednia 1 socjalna (notabene dlaczego nauczyciele są o tym święcie przekonani, skoro jeszcze nie znają danego zespołu klasowego?), a tak w ogóle, to szkoła średnia nie jest obowiązkowa. Dramat! I tak codziennie, dzień w dzień. Nie można było koleżance z ławki pożyczyć długopisu, bo za każdym razem, gdy tylko ktoś się odezwał choćby szeptem, nauczyciele kwitowali to stwierdzeniem o nieobowiązkowości szkoły średniej (a co z obowiązkiem szkolnym?! – nie chcę podważać ich kompetencji, ale czy wiedzą o czym mówią?) Gołym okiem widać, że chcieli się po prostu nas pozbyć i demonstrowali na nas swe frustracje.

    Moja szkoła średnia (a raczej zespół szkół zawodowych) należy do szkół o średnim poziomie, ale na pewno nie jest to żaden zakład doskonalenia zawodowego. Tym bardziej dziwi mnie więc postawa nauczycieli polegająca na frustracji i niezadowoleniu z życia. NIGDY nie słyszałam, żeby jakikolwiek nauczyciel publicznie pochwalił jakiegokolwiek ucznia, choć moim zdaniem poziom intelektualny mojej klasy, jak na szkołę tego rodzaju, jest rewelacyjny i na pewno warto wspierać (a przede wszystkim właściwie wychowywać) tych młodych ludzi. Dlaczego nauczyciele wolą zatem iść po małej linii oporu?

    Wśród młodzieży panuje teraz moda na „pozytywne myślenie” i raczej chwalenie niż krytykowanie, więc nie sądzę, by grono pedagogiczne stosując zupełnie odwrotne metody wiele zdziałało.

  7. Dlaczego krytykujemy?
    Bo taka jest natura człowieka,można by w skrócie odpowiedzieć.Moim zdaniem,wynika ona z hierarchiczności naszego społeczeństwa i potrzeby dominacji.
    Nauczyciele i rodzice mają obowiązek wychowywania młodych ludzi.Młody człowiek poznaje świat metodą prób i błędów.Trudno nie zwracać uwagi na błędy, bo mogły by, nie być zauważone.Oczywiście pochwały są niezbędnym elementem tego procesu.Równowaga zaś między nimi stanowi o skuteczności wychowania.Każdy jest inny i dlatego jedni wymagają więcej kija a drudzy marchewki.Od wyczucia nauczyciela zależy czy będzie beształ ucznia, któremu krzywe spojrzenie wystarczy.Dla tego jedni nauczyciele mają sukcesy wychowawcze a drudzy nie.To samo z rodzicami.

    A teraz nie na temat.
    Wczoraj dowiedziałem się o planach MEN aby zlikwidować specjalne traktowanie uczniów z dysleksją na maturze.Uważam że to skandal.Świadczy o ciemnocie urzędników i braku wykształcenia.To ze jakiś piszący bez błędów urzędnik wpadł na taki pomysł jest normalne.Może wynikać z jakiegoś urzędniczego ADHD.Ale jak to jest możliwe że na jego drodze nikt nie stanął?
    Sam maturę zdawałem prawie trzydzieści lat temu.O dysleksji wtedy nikt nie słyszał.Tylko mądrości mojej nauczycielki od polskiego zawdzięczam że ją zdałem.Zaprosiła mnie do domu, z tym samym długopisem i kazała w tajemnicy błędy poprawić.Nie wszystkie,bo nikt by nie uwierzył że Parker bezbłędną pracę napisał.Naganne co?
    Na egzaminie na studia już nie było tak dobrze.Za pierwszym razem za błędy mnie oblali.Stracony rok.Za drugim pomogła koleżanka która zaglądając przez ramię błędy mi poprawiała.
    Proponuję MEN aby zwiększył czcionkę na testach i zakazał przychodzenia w okularach na maturę.Wszyscy będą mieli równe szanse

    Ps.Mój wczorajszy wpis był spowodowany irytacją że tak ważna sprawa jak ostatni pomysł MEN nie znalazła echa na Pańskim blogu.Myślę że bez szkody można go usunąć.

  8. Parkerze,
    niezła stylizacja na niezaradną mowę wyszła Panu w poprzednim wpisie, poza tym interesujący przykład ironii, więc niech zostanie.
    Pozdrawiam
    DCH
    PS: Przeoczyłem ten kuriozalny pomysł MEN, ale jeszcze go skomentuję (może coś się wydarzy nowego w tej sprawie). Dziękuję za podpowiedź.

  9. Bylam krytykowana. Jako dziecko, uczennica, studentka, pozniej osoba dorosla. Prawie ” jak kazdy z nas” . W czasach, w ktorych chodzilam do szkoly nie bylo pojecia „wychowania bezstresowego” i stres byl. Jak teraz- chociaz to pojecie istnieje. Nie lubie krytyki – zwaszcza wlasnej osoby :-)) To burzy jakis ustalony porzadek. Wole pochwale, ktora rozwijajac moje skrzydla- sprawia, ze chce byc jeszcze lepsza w tym co robie. A jednak krytyka jest czasami potrzebna. Wtedy przyjmuje ja ze spokojem, czasami zirytowaniem. A jak wyglada wywiadowka w amerykanskiej szkole? NIGDY, przenigdy nie zaczyna sie od krytyki ucznia. Jako mama ( i nauczycielka ) – wiele sie sama nauczylam. Otoz nauczyciel rozkalada najlepsze prace ucznia- pokazuje rodzicowi, chwali dziecko, wola drugiego nauczyciela- ktory – jezeli ma powod do chwalenia- chwali ucznia takze. Mowi sie o zdolnosciach, predyspozycjach, mozliwosciach, tym- jak dziecko postrzega grupe i jest przez nia postrzegane itd. Czyli wszystko jak najlepiej. A pozniej – pani mowi-” o, tutaj jest problem. Maly- mozemy to szybko skorygowac! Markus ie moze sie skupic, za szybko wykonuje polecenia, a przez to robi bledy. Powinien popracowac nad …” itd. Druga pani tez dodaje swoje. Rodzic wychodzi z takiej wywiadowki ( zaznaczam – jest to spotkanie „jeden na jeden”, nigdy z innymi rodzicami! Przez to nie wiemy kto jest orlem, sokolem a kto myszka- w klasie.) -zadowolony. Dziecko nie jest takie zle, a jednak trzeba z nim nad tym i owym popracowac. Jako mama – chwale, ale zdarza mi sie tez krytycznie skomentowac. Szczegolnie zachowanie. Ale to juz inna historia.

  10. Hersylio bo nie trzeba kończyć liceum i mieć matury, można skończy zawodówkę na przykład. Przy takiej ilości maturzystów jaką mamy siłą rzeczy masa ludzi to osoby które dawniej wybrały by nieco inne szkoły, nie kończące się maturą. Frustracji nauczycieli się nie dziwię – jak mają uczyć ludzi którzy na hasło „na przyszły tydzień taka i taka lektura” odpowiadają że oni nie mają rozszerzonego polskiego/zdają maturę podstawową/bla bla. A to przykład tylko z języka polskiego z innymi przedmiotami jest podobnie. Później na studiach zgrzytanie zębów bo trzeba czytać, bo trzeba się uczyć np. chemii mimo że zdawało się na maturze geografię z i chemii umie się nic.
    Po małej lini oporu? Po najmniejszej lini oporu, inaczej zapisane jest błędem.
    O jakim wychowaniu mówisz u prawie dorosłych ludzi?
    Skończyłam niezły ogólniak w Warszawie, krytyki było mnóstwo, z pochwałami różnie zależy od nauczyciela. Teraz studiuję, krytyki mnóstwo choć zdecydowanie więcej takiej ogólnej całego roku. Pochwały tak, ale nie związane z tokiem studiów;) Nie ma lekko.

    Pomysł MEN z dyslektykami nie nadaje się nawet do komentowania – żenujące.

  11. Ważny jest przede wsyztskim negatywny skutek działania tego efektu (tzw. szatański efekt halo)

  12. Asiu – pytasz: „o jakim wychowaniu mówisz u prawie dorosłych ludzi?” Tak się składa, że Gospodarz tego bloga jakoś potrafi właściwie wychować tych prawie dorosłych ludzi, mimo że jak każdy nauczyciel w tym kraju ma do dyspozycji jedną godzinę wychowawczą tygodniowo. Nie widzę niestety takiej chęci u mojej wychowawczyni, która jedynie ze skrupulatnością więziennego klawisza rozliczała z nieobecności. Nie wiem, jak jest w innych liceach profilowanych, zawodówkach itp. w Polsce. Opieram się na tym, co obserwuję u mnie. Zgoda, może rozliczanie z nieobecności jest również czymś właściwym i potrzebnym, ale jeśli taka lekcja ogranicza się jedynie do tego, to coś jest nie tak.

    Jeśli idzie o „nieobowiązkowość” szkoły – nauczyciele mówią o tym ogólnie, nie rozgraniczając na liceum, technikum czy zawodówkę. Przecież gdyby choć jedna osoba z liceum profilowanego przeszła np. do zasadniczej szkoły zawodowej, jej nauczyciele z liceum w dużej mierze będą się powtarzać, co wcale nie eliminuje problemu „pozbycia się” danej jednostki przez licealnych belfrów.

    Zapewniam Cię, że większość osób w mojej klasie zadane lektury ma w małym paluszku. Co prawda nie wiem czy czytują bryki, czy książki w całości (o co przy takim nawale materiału, dodatkowych przedmiotach w liceum profilowanym itp. jest trudno). Nigdy nie słyszałam w klasie komentarzy, że to czy owo z danego materiału jest „niepotrzebne”, bo ktoś nie zdaje tego na maturze. Nie twierdzę, że wszyscy uczniowie są idealni, od czasu do czasu – jak wszędzie – zdarza się niewielki przejaw braku kultury, ale nie pamiętam by kiedykolwiek był on związany z jakimikolwiek treściami programowymi, ich przydatnością bądź też nie.

  13. Asia pisze:Po małej lini oporu? Po najmniejszej lini oporu, inaczej zapisane jest błędem.

    Asiu,
    tak ,jak sugerujesz,też jest błędnie.
    Po linii najmniejszego oporu- to właściwa wersja tego frazeologizmu.

    Czy przejawiłam właśnie typowo nauczycielską skłonność? Czy powinnam powstrzymać się od uwag?
    Pozdrawim

    Pozdrawiam

  14. Agat dziękuję za poprawienie, dałabym sobie rękę uciąć za przedstawioną przez siebie wersję. 🙂 Lubię takich nauczycieli, uwagi są potrzebne.

    Nie mówię że trzeba ucznia wdeptać w podłoże, ale czasem przycisnąć trzeba. 😉 będę straszną nauczycielką. Na szczęście nie polskiego.

    Hersylio dla mnie człowiek w liceum jest już prawie produktem końcowym, który można ometkować ‚dorosły’, więc słowo wychowanie nie bardzo mi pasuje. Moje godziny wychowawcze to zwykle albo doświadczenia chemiczne bo byłam w biol-chem i sami prosiliśmy o takie zajęcia, albo rozmowy z moją ukochaną wychowawczynią. Wspominam je bardzo dobrze, tak jak te z gimnazjum wyglądające w identyczny sposób. Najgorzej wspominam zajęcia z psychologami wszelkiej maści bo one (panie psycholog, nie lekcje;) jakoś mi pisanie dziś nie idzie) miały dziwne pomysły i konspekty aby nas wychowywać, uświadamiać i robić różne dziwne rzeczy.

  15. A mi się wydaje, że krytykanctwo to jedna z naszych „cech narodowych”. Żyłam na granicą, spotkałam ludzi wielu narodowości i na ich tle nasze malkontenctwo i krytykanctwo naprawdę jest widoczne. Szczególnie nasze niemiłe podejście do bliźnich – sąsiadów czy „tej krowy za kierownicą, co to prowadzić nie umie”. Wpływy tych cech widać szczególnie w życiu politycznym – my nie umiemy współpracować ze sobą, bo ktoś zawsze jest od nas gorszy (pogarda) albo lepszy (zawiść, do której za nic się nie przyznamy).
    Wydaje mi się, że z jednej strony to dobrze, że spotykamy się z taką krytyką, bo z niej m.in. wynikają nasze – tak chwalone – dokładność i pracowitość. Z drugiej jednak strony jesteśmy narodem wiecznie narzekających nieszczęśliwców… Za ile pokoleń dogonimy ten wyśniony „Zachód” na polu osobowości?

    PS. Serdecznie pozdrowienia z krańca Europy dla Gospodarza 🙂

css.php