Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
BelferBlog - Blog Dariusza Chętkowskiego BelferBlog - Blog Dariusza Chętkowskiego BelferBlog - Blog Dariusza Chętkowskiego

17.02.2009
wtorek

Z nożem do szkoły

17 lutego 2009, wtorek,

Wiadomość, że uczeń wbił nauczycielowi nóż w plecy, porusza i skłania do refleksji. Powodem zaatakowania był komentarz – typowa belferska uwaga, że jak się uczeń postara, to potrafi. I wtedy chłopiec wbił nauczycielowi nóż w plecy, a następnie uciekł (zob. tekst).

Wiele razy wypowiedziałem podobną uwagę, a przecież nigdy nie dostałem nożem. Nie znaczy to, że moi uczniowie nie posiadają noży. Parę razy zdarzyło mi się zarekwirować tak chłopcom, jak i dziewczynom noże (motylki i sprężynowe), także uczniom liceum, w którym obecnie pracuję. Przypomniało mi się, że jeden z moich uczniów przyszedł na lekcję z siekierą, gdyż chciał sprawdzić, co czuł Raskolnikow. Źle, że przyniósł do szkoły siekierę, dobrze, że nie zrobił z niej użytku.

Coraz więcej uczniów nosi ze sobą narzędzia, którymi mogą zrobić komuś krzywdę. A gdy jedziemy na wycieczkę, to mogę dać sobie uciąć rękę, że kilka osób weźmie ze sobą noże. Nie małe scyzoryki do otwierania butelek piwa, lecz całkiem duże. Po co im to jest potrzebne?

Między mieć a użyć jest bardzo mała odległość. Zgadza się, że młody człowiek może nie zdawać sobie sprawy, że jak bierze, to po to, aby użyć. Nieraz jest głęboko przekonany, że bierze tylko dla szpanu, aby poczuć, jak to jest mieć. Gdyby dziecko było wyćwiczone w panowaniu nad sobą, nie byłoby kłopotu, ale przecież panowanie nad sobą nie jest cechą dzieci. Dlatego samo posiadanie niebezpiecznego narzędzia, a nie dopiero jego użycie, powinno być dla nauczycieli i rodziców alarmujące. Kiedy informowałem rodziców, że ich córka bądź syn wzięli na wycieczkę nóż sprężynowy czy motylek, bagatelizowali. Pytali, czy coś się stało. Rodzicom wydaje się, że ich dziecko nie byłoby zdolne do użycia narzędzia, które wzięło ze sobą.

Odsuwamy od siebie myśl o tym, że dzieci są zdolne do wbijania noża w plecy, a potem budzimy się w środku zdarzenia i wpadamy w histerię. Mnie też informacja o wbiciu noża nauczycielowi w plecy poraziła i przeraziła. To nie znaczy, że spodziewam się, iż zaraz coś takiego mnie spotka. Raczej zaniepokoiło mnie to, że nie robię wielkiej afery, gdy złapię ucznia na posiadaniu noża. Po prostu zabieram i oddaję rodzicowi. Ale to nie wystarczy. Niestety, trzeba robić aferę i wielką burzę. Tak jak dziecko z zapałkami oznacza pożar, tak uczeń z nożem oznacza śmierć, a w najlepszym wypadku kalectwo. 

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 3

Dodaj komentarz »
  1. :-)) Dosyć często jezdze ze swoimi uczniami z samochodowki na wycieczki i zaden z nich nigdy nie brał noża, ani innych narzędzi. To kwestia zaufania jakie jest (albo nie ma) pomiedzy nauczycialmi a uczniami! :-))

  2. Nie zamierzam komentować włoskiego przypadku. Z całą pewnością zostanie szczegółowo przebadany. Ale czy zostaną wyjaśnione rzeczywiste przyczyny działania tego chłopca? Dlaczego zrobił to, co zrobił?

    Jeżeli chodzi o nasze polskie przypadki agresji uczniów w stosunku do nauczycieli, to wszystkie dotychczasowe wyjaśnienia wydają się być jednak błędne, ponieważ za punkt wyjścia biorą wyłącznie zachowanie się uczniów w stosunku do konkretnego nauczyciela. Teza, której nie postawiłbym jeszcze kilka dni temu, a co więcej, teza, która zaskoczyła mnie samego brzmi: w samowoli uczniów, ujawnia się samowola nauczycieli. Zdaję sobie całkowicie sprawę z tego, że nauczyciele, którzy to teraz przeczytali, przeżywają szok. A jednak, taka jest prawda …

    Samowola jest zawsze działaniem silniejszych w stosunku do słabszych. Uczniowie są słabszymi od nauczycieli – dlatego też samowolna agresja uczniów została skierowana na najsłabszych nauczycieli – a nie na najsilniejszych. Jeżeli używam określenia „samowola nauczycieli”, to nie znaczy to, że – moim zdaniem – nauczyciele robią w szkole wszystko, co im się podoba. Możliwe – chociaż nie jestem o tym całkowicie przekonany, ale nauczyciele tak twierdzą – że to uczniowie robią teraz w szkole wszystko, co im się żywnie podoba.

    W moim rozumieniu samowola polega na robieniu więcej niż można lub wolno zrobić, albo też na robieniu tego, czego nie powinno się robić, a nawet czego robić nie wolno. Granica między tym, co wolno, i tym, co nie wolno, jest nie tylko delikatna, ale i elastyczna jak pajęcza nić. A oto przykład: autobus wypełniony głównie studentami jadącymi na zajęcia. Dosłownie każdy jest zablokowany i nie może się ruszyć. Na przodzie autobusu było wolne miejsce, na którym nikt ze studentów nie chce usiąść, aby nie usłyszeć: „Ach ta dzisiejsza młodzież …”, a nikt z pozostałych pasażerów nie był w stanie dojść i tam usiąść. W pewnym momencie słychać głos młodego asystenta: „Panie Jacku, niech Pan siada na tym miejscu, bo nie dostanie Pan ode mnie zaliczenia!”. Pan Jacek usiadł i zrobiło się odrobinkę wygodniej. Z uznaniem i sympatią pomyślałem o tym rozsądnym młodym asystencie. Był to oczywiście żart, ale jego powiedzeniu ujawniła się bardzo istotna kwestia, z której w ogóle nie zdawał sobie sprawy: zaliczenie powinno zależeć wyłącznie od wiedzy „pana Jacka”, a nie od dobrej woli „młodego asystenta”.

    Problem oceniania najostrzej ujawnia się w szkołach na poziomie przeduniwersyteckim. Nauczyciele nie zrozumieli jeszcze, że rzetelne ocenianie uczniów jest ich OBOWIĄZKIEM, a nie UPRZEJMOŚCIĄ w stosunku do uczniów, że „rzetelne ocenianie” nie jest pojęciem abstrakcyjnym, ale ma ściśle określone ramy. Pierwszym kroczkiem w tym kierunku byłoby ocenienie trudności zadań w próbnym egzaminie gimnazjalnym – ale w tej dziedzinie nauczyciele zrobili to, co zrobili – czyli nic. Nie wystarczy krzyczeć „Handke, trzymaj język za zębami!”, trzeba jeszcze zrobić coś więcej: coś, co może być – i będzie – przekonującym dowodem!

  3. też noszę nóż do szkoły i jest to całkiem spory scyzoryk, ale dlatego że często mi się przydaje i wcale nikogo tym nie krzywdzę bo koledzy pożyczają go aby nastrugać ołówek czy ściągę sobie na wymiar przyciąć albo chociażby wino móc odkorkować co zawsze okazuje się wielkim problemem bo nikt poza mną nie ma korkociągu. Scyzoryk jest bardzo przydatny i zawsze warto go mieć przy sobie, a jeśli ktoś boi się uczniów to tylko kwestia jego sumienia, bo nie znam nauczyciela który szanuje uczniów i miałby powód żeby się ich bać nawet jakby nosili ze sobą pistolety. A uczeń który decyduje się na atak na nauczyciela albo ma problemy z głową albo był przez niego dręczony od dłuższego czasu i nie widział innego rozwiązania skoro zdaje sobie sprawę co za to grozi

css.php