Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2

26.03.2012
poniedziałek

Gdzie uczyć historii?

26 marca 2012, poniedziałek,

Do nauczycieli dotarło, że w liceach będzie historii tyle, co kot napłakał. Chyba że uczeń wybierze rozszerzenie humanistyczne typu historycznego, wtedy historii będzie w sam raz. Jednak atmosfera wokół specjalizacji humanistycznych jest tak zła, że szkoły będą kusić młodzież klasami matematyczno-fizycznymi i biologiczno-chemicznymi. Klasy humanistyczne jeśli nawet powstaną, to nastawione na naukę języków obcych.

MEN zapewnia, że w liceach historia będzie (zob. przykładowe plany godzin). Jednak nie jako osobny przedmiot, tylko w połączeniu z nauką o społeczeństwie. Historii będą uczyć też poloniści i katecheci. Właściwie na każdym przedmiocie można wprowadzać treści historyczne. Będzie więc w liceach historia, ale rozwodniona, w stylu piątej wody po kisielu. Nic dziwnego, że nauczyciele historii łapią się za głowy i protestują (zob. info).

Te zmiany w ogóle nie docierają do szkół wyższych. Uniwersytet Łódzki planuje jak co roku nałapać kandydatów na historię w wymiarze około 60 osób. Tylko po co? Co może robić absolwent historii, jeśli szkoła nie zaoferuje miejsc pracy przez 30 lat? UŁ wyjaśnia, że historycy szukają szczęścia w biznesie (zob. info). To prawda. Wśród osób, które przekwalifikowują się np. na ekonomistów, najwięcej jest historyków. Na kierunkach podyplomowych z rachunkowości czy zarządzania istne zatrzęsienie absolwentów historii.

Jest w tym nawet jakiś sens. Trudno wyobrazić sobie Polaka bez wiedzy historycznej. Komu więc ojczyzna miła, powinien studiować historię. Po spełnieniu patriotycznego obowiązku może pomyśleć o studiach dla pracy.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 75

Dodaj komentarz »
  1. Mleko się już rozlało. Możemy sobie protestować, minister i tak wie najlepiej. Wiemy, że będzie mniej godzin z wielu przedmiotów, a co za tym idzie, nie wszyscy będą mieli pełne etaty. To może i lepiej, gdyż będziemy mieć więcej czasu na poszerzenie swoich umiejętności. Ale nie w zakresie wyuczonym na uniwersytetach. Będziemy mogli uczyć się spawać, kłaść płytki, dorabiać w myjniach. Nareszcie otworzą się przed belframi perspektywy finansowej, dobrej przyszłości. A pasjonaci swojego przedmiotu będą zdzierali buty, wędrując w poszukiwaniu godzin w różnych szkołach z nadzieją w sercu, iż uda im się uzbierać pensum. Czego innym i sobie życzę.

  2. Może historia wcale nie taka ważna jak od lat sądzimy? Może da się bez niej żyć? Może wystarczy tej historii? Może to całkiem dobry pomysł, aby zminimalizować ten przedmiot?

  3. Za to religia ma się dobrze. Mój sześcioletni wnuk ma dwie godziny tygodniowo. Ma do tego przedmiotu dwie najcięższe książki. Jedna zawiera jakieś krzyżówki, mapki, wycinanki. Dzieciak musi to wypełniać, chociaż jeszcze nie zna wszystkich liter.Więc najczęściej ja rozwiązuję te zagadki. Ostatnio jak się nie nauczył akt wiary, to katechetka zrobiła mu awanturę, że angielskiego i matematyki to go rodzice uczą a religii nie. Nie chciał iść na drugi dzień na religię, bo się bał awantury, a modlitwy przez noc nie zdołał się nauczyć.Rodzice by mu może odpuścili tę religie, ale boją się reakcji drugich dziadków.

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. Oczywiście aktów wiary.

  6. Cała ta nowa siatka to stek popłuczyn… Prócz historii, nie będzie fizyki, biologii, chemii, bo wiadomo należy się specjalizować. Tylko, że dziecko nie będzie mogło skorygować błędu – nie jestem informatykiem, idę na prawo, bo musiałoby zaliczać całe liceum. A co jeśli zmieni zdanie już po maturze?
    Takich idiotyzmów jest więcej. Wspólna podstawa programowa, gimnazjum + liceum – fajnie tylko jak egzekwować wiadomości ucznia z poprzedniego etapu edukacji? Jak polonista (np) ma nauczyć tej wspólnej podstawy, skoro w gimnazjum nie wolno mu wspominać o takim wynalazku jak epoki kulturowe?
    Ino ma rację, czas kleić płytki. Bądźmy wierni, idźmy, przynajmniej się zarobi ile trzeba, a ramach leczenia kompleksów poużywamy sobie na forach, że nauczyciele mają dobrze i tylko 4h dziennie pracują….

  7. Do społeczeństwa nie dociera, że w liceach jest obecnie WIĘCEJ historii, niż kot napłakał i o wiele więcej, niż napłakała komuna.
    Mimo tego, że płace belfrów wzrosły o połowę a ilość godzin historii – rośnie, bo kiedyś (przed reformą), w liceum, historii nauczano przez 2 h w tygodniu, obecnie 5 h a będzie 2+4 (6), Polacy nie wiedzą, kto strzelał w Katyniu
    http://spoleczenstwo.newsweek.pl/polacy-nie-wiedza–kto-strzelal-w-katyniu,55485,1,1.html
    a Polscy politycy nie wiedzą ile czasu trwało Powstanie Warszawskie…
    http://wiadomosci.wp.pl/kat,1342,title,Politycy-Powstanie-trwalo…-to-dobre-pytanie,wid,11366277,wiadomosc.html?ticaid=187ce&_ticrsn=3
    Polacy, jak się zdaje, nie wiedzą też, że mierzenie jakości wyniku pracy ilością opłacanych pracownikowi godzin, to ‚zdobycz’ epoki komunizmu i ‚ekonomii socjalistycznej’.
    Może dlatego, historycy tak często biorą się za biznes, przez co rozumieją?księgowość, a poloniści (i w ogóle, tzw. humaniści) ? za nauczanie (z tym samym poziomem zrozumienia tematu).
    Może dlatego, niektórzy humaniści, ofiary naszej edukacji, sądzą, że nauczanie historii prowadzić powinien ktoś jedynie z papierem odbycia kursów akademickich wiedzy historycznej. Ktoś, kogo nic bardziej nie może upokorzyć (???), niż uczenie się kolejno, na wielu, różnych kierunkach i poszerzanie kwalifikacji, zamiast zaleganie do śmierci na szkolnym etacie wydrukowanym (jak tatuaż) na dyplomie historyka. Podejście zaiste równie współczesne cywilizacji, jak prywatna walka o płatne godziny, pod pozorem troski o edukację.
    Jak w rzeczywistości wpływa ?ilość godzin? spędzonych w szkole przez ucznia na jakość i wynik kształcenia, można dostrzec nie tylko tu, na blogu, ale przede wszystkim we wnioskach z badań nad kondycją edukujących nas belfrów:
    ??W sytuacji, gdy nauczyciel (a w zasadzie nauczycielka) ma przekonanie, że zdolności i uzdolnienia są właściwością
    wrodzoną, niezależną od zaangażowania jednostki, wówczas częściej pracę nad rozwijaniem zdolności
    i uzdolnień uznawać będzie za pozbawioną szczególnego sensu i skazaną na niepowodzenie. (?) Okazuje się, że nauczycielskie poglądy przekładają się na rezultaty uczonych przez nich uczniów. (IBE, ?Raport o stanie edukacji? 2010).
    To, co dociera do społeczeństwa i z blogu i z badań to spójność obrazu edukacji z doświadczeniem życiowym rodziców i młodzieży.
    To nie godzin lekcyjnych brakuje, ale kompetentnych nauczycieli.
    Te brakujące rzekomo godziny nauczania traktowane są więc społecznie z równym respektem, jak publicznie sponsorowane przez szkołę godzinki na rekolekcje. Wagary uczą więcej, niż belfer nad swym losem napłacze nam w kieszeń.

  8. Polonus napisał: „, skoro w gimnazjum nie wolno mu wspominać o takim wynalazku jak epoki kulturowe?”

    Jestem ostatnią osobą, która broniłaby tej reformy, ale w jaki sposób Polonusie wyciągnąłeś takie wnioski? Zapewniam Cię 🙂 że nic takiego nie ma miejsca.

    Anno….. cóż, religia jest w szkole właśnie dlatego, że Twoja rodzina zajęła takie stanowisko i posłała na nią dziecko. Mój syn, obecnie 6 klasa, nie chodzi i ponosi tego konsekwencje czyli w trakcie religii siedzi w sekretariacie szkoły (i plotkuje z sekretarką), a etykę ma na 8 godzinie.

  9. Cytat: „Co może robić absolwent historii, jeśli szkoła nie zaoferuje miejsc pracy przez 30 lat?” Panie kochany, coś cienko z Pańską wiedzą. Proszę sobie przypomnieć jakie wykształcenie ma premier i prezydent.

  10. „Będzie więc w liceach historia, ale rozwodniona, w stylu piątej wody po kisielu.”

    Pewnie, a powinna być skoncentrowana i podobnie krwawa jak nasz polska kaszanka.
    Data musi być, bitwa obowiązkowo, bohaterstwo, męstwo i wszystko co przeciętny kibol uosabia.
    Zgadzam się z Gyfx.

  11. wg NPP
    klasa 1: historia – 60 godzin, wiedza o społeczeństwie – 30 godzin
    Klasa 2 i 3
    PP historia i społeczeństwo – 120 godzin (30 x 4, co oznacza np. po 2 godz./tydz. w 2 i 3 klasie)
    PR – historia ? 240 godzin (czyli 30 x 8, co oznacza np. po 4 godz./tydz. w 2 i 3 klasie)
    WOS – można wybrać, nie trzeba

    „stara” PP
    1-3 klasy (PP): historia 5 godz./3 lata, WOS 2 godz./3 lata

    czyli:
    stara (PP): 5 (historia) + 2 (WOS) = 7 godz./ 3 lata
    nowa (PP): 2 (historia) + 1 (WOS) + 4 (historia i społeczeństwo) = 7 godz./3 lata

  12. Teraz historię zdaje się, tak jak dawniej astronomię, zaj. techniczne lub przysposobienie obronne, niektórzy uważają że łatwa; co po studiach mało kto poważnie rozważa.
    Poza tym Premier historyk, Prezydent historyk, a spotkać nastolatka, który chce zostać politykiem nie jest trudno. Ci, których znam, chcą zostać politykiem tak jak dziewczynka chce zostać gwiazdą, a chłopczyk Ronaldo. Przeraża mnie to, ale nie dziwi przy takiej jakości klasy politycznej. Świeżo upieczony tapicer Tusk przesiedział w Sejmie kadencję i też chce być politykiem, ‚ma doświadczenie’ , jak mówi.

  13. Nie chodzi o liczbę godzin, tylko że wszystko się miksuje i nie ma ‚historii’ w zakładce ‚historia’. Akurat tu zgodzę się, że mniej historii jest korzystne. Zazwyczaj jest to najgorszy przedmiot – nudny, przeładowany i pamięciowy. Z całego kursu pozostały mi najważniejsze daty. O przyczynach i skutkach sam musiałem sobie czytać, by wyłapać podstawy. Podręczniki nad tym się rozwodziły tak szczegółowo, że były nie do pokonania. Było powstanie Chmielnickiego? Było. Kiedy. Ano wtedy. A czemu i jakie były skutki? Nie wiadomo, bo na lekcji przerabiano szczegółowy opis ruchów wojsk i bitewek, których nikt dziś nie pamięta.

    Specjalizacja w liceum? Przecież miało być na odwrót? Za moich czasów klasa mat-fiz polegała na tym, że miałem 2-3h matematyki i 1h fizyki więcej kosztem chemii i biologii w 4 klasie. Historii w każdym roku było 2h.

  14. Ciekawe, czy ktoś kiedyś zapłacze nad liczbą (liczbą jak liczbą, jakością) godzin przeznaczonych na tzw. „science”. I dziwić się, że ten kraj nie ma własnych technologii, skoro ciągle mu mało tylko krwistych historii z dziejów tego narodu. No i religii.
    Z tymi humanistycznymi klasami to chyba nie jest do końca tak, jak pisze Gospodarz. Przynajmniej u nas. Ze świecą można szukać profilu humanistycznego nienastawionego na historię i WOS. Prawne, społeczne i tylko w tym stylu. Językowych ani widu, ani słychu. A moja pociecha bardzo by się ucieszyła z takiego profilu, bo historii wręcz organicznie nie znosi, bo jej dwóch historyków po kolei skutecznie obrzydziło ten przedmiot rąbiąc datami na prawo i lewo. Jedyna pociecha dla fizyków, że ten przedmiot wróci do zestawu rozszerzonych w „mat-infach”, które się rozmnożyły od jakiegoś czasu, zastępując dawne „mat-fizy”.

  15. Zresztą, profilu humanistycznego bez historii się chyba teraz nie da zrobić, bo skoro musi być przynajmniej jeden przedmiot z zestawu: historia, biologia, chemia, fizyka, geografia, to nikt raczej do humanistycznego nie wstawi fizyki. A szkoda 🙂

  16. „kiedyś (przed reformą), w liceum, historii nauczano przez 2 h w tygodniu, obecnie 5 h ”

    chyba przesadziłeś. w technikum masz 2+2+1 i w 4 klasie wcale, razem 5 ale w całym cyklu

  17. Biorąc pod uwagę poważny temat dyskusji i ogromne doświadczenie (nie tylko godzinowe) uczestniczących w niej pp. Belfrów, postanowiłem dokonać eksperymentu społecznego.
    Otóż, ciekawi mnie, ile Państwa zdaniem, potrzeba godzin życia w szkole (np. tygodniowo), aby Nauczyciele reprezentowali słowem i czynem poniższe kompetencje:
    – Rozumie demokratyczne zasady i procedury i stosuje je w życiu oraz społeczności;
    – Rozpoznaje przypadki łamania norm demokratycznych i ocenia ich konsekwencje;
    – Uzasadnia potrzebę przestrzegania zasad etycznych w życiu publicznym i podaje przykłady skutków ich łamania;
    – Przedstawia cechy dobrego obywatela; wykazuje znaczenie postaw i cnót obywatelskich;
    – Wyjaśnia, podając przykłady, jak obywatele mogą wpływać na decyzje władz;
    – Przedstawia główne prawa i obowiązki pracownika, cechy i umiejętności człowieka przedsiębiorczego;
    – Podaje przykłady racjonalnego i nieracjonalnego gospodarowania; stosuje zasady racjonalnego gospodarowania w odniesieniu do własnych zasobów, możliwości dalszej nauki i kariery zawodowej;
    – Stosuje w praktyce podstawowe zasady organizacji pracy (ustalenie celu, planowanie, podział zadań, harmonogram, ocena efektów)?

    Jak dotąd, biorąc pod uwagę dyskusje i wpisy inicjujące, a szczególnie te dwa ostatnie, śmiem wątpić, czy istnieje w ogóle taka dostateczna liczba godzin.
    Chyba, że będą to godziny skazania na reedukację tak, aby odpowiedzialni za realizację podstaw programowych byli w ogóle w stanie nawiązać kontakt z zagadnieniem.
    Bo przecież powyższa lista kompetencji to OBECNA podstawa programowa z zakresu ?Edukacja historyczna i obywatelska w szkole podstawowej, gimnazjum i liceum?.
    Ile godzin potrzeba, aby uczyć z efektem czegoś, o czym uczący sam nie ma pojęcia i nawet o tym nie wie?
    Czy naprawdę – jeszcze więcej?
    Problem w tym, że każdy, nawet najmniej lotny uczeń, uczy się, przez przykład, na tak wybrakowanej postawie belfra już po pierwszym kontakcie ze szkołą publiczną.
    W pierwszej i ostatniej godzinie zaprzepaszczonej mu szansy edukacyjnej.

  18. Nauka historii jest potrzebna przede wszystkim po to, zeby uswiadomic ludziom juz od wczesnego wieku, ze interpretacje faktow moga byc bardzo rozne i ze latwo jest nimi manipulowac. Przedmiot jest swietny do nauki dyskutowania i spierania sie, fantastycznie przygotowuje do tego, zeby nie dac sie zmanipulowac przez media i politykow.
    Ale, niestety, u nas w taki sposob historii sie nie uczy. Dlatego niewazne jak sie nazywa przedmiot, wazne, zeby nauczyciel byl w stanie wybic sie ponad wkladanie do glowy ‚jedynie slusznej’ propagandy nt polskiej martyrologii, tolerancji, bycia Chrystusem narodow itp. To zawsze byl problem polskiego systemu edukacji, przed i po 1989 r. Niestety, wszystkie dotychczasowe reformy to wylacznie zmiana formy. Tresc (a wiec i jakosc) pozostaje taka sama. Inspirujacy nauczyciele sa tylko wyjatkiem potwierdzajacym regule.

  19. Gekko – masz po prostu za dużo czasu na głupoty. To cała diagnoza.

  20. Ateńczyk
    26 marca o godz. 22:35
    – – –
    Nawet nie rekomendując się „na Greka”, warto zgłębić głupotę, ujawnioną przez badania rzeczywistości kondycji zawodowej nauczycieli, zamiast dawać się ponieść blogowym zadymom oczerniającym z góry reformy.
    Zdaje się w tym świetle, że to nie ja walczę o „dużo czasu na głupoty”, ale ci, co szkołę widzą przez pryzmat zakładu przerobu pęsum – na sieczkę.
    Polecam ku oświacie znany (???) raport.
    http://eduentuzjasci.pl/pl/raport-o-stanie-edukacji-2010
    Dla wspólnej rozrywki, przytaczam stamtąd kluczowe stwierdzenia, w zupełności odsłaniające prawdziwy mechanizm belferskich biadań nad jakimikolwiek reformami:
    – W Polsce jest 660 tys. nauczycieli, co stanowi ponad 10% wszystkich nauczycieli w Europie.
    – Pensum dydaktyczne należy w Polsce do najniższych w Unii Europejskiej.
    – W Polsce nie ma certyfikatów ani egzaminów dopuszczających do zawodu nauczyciela (!!! to widać).
    – Nauczyciele regularnie pozytywnie oceniani, sami pozytywnie oceniają proces oceny? (a jak nie – to na bloga?).
    – Przygotowanie nauczycieli rozpoczynających pracę negatywnie ocenili (oprócz nich samych) również dyrektorzy szkół.
    – Nauczyciel nie potrafi sprostać problemom wychowawczym w pracy z uczniami (55% wskazań), jest źle przygotowany metodycznie (33%), nie zna prawa oświatowego (!!!) (19,2%), ma kłopoty z przełożeniem wiedzy zdobytej podczas studiów na pracę w szkole (30%).

    To ostatnie stwierdzenie badawcze dostatecznie wyjaśnia, dlaczego, w tej kondycji, przełożenie ilości godzin lekcyjnych na efekty nauczania może być wyłącznie odwrotnie proporcjonalne.
    Historia może i czegoś uczy, ale nie, jeśli jest jedynie belferskim skansenem wypierającym rzeczywistość.

  21. „To zawsze byl problem polskiego systemu edukacji, przed i po 1989 r.”

    Przed 89′ była inna sytuacja. Polska nie była wolnym krajem, podbudowywanie ducha narodowego przez historię miało swoje uzasadnienie.
    Moim zdaniem, ktoś to już tu wspomniał, podstawowym błędem nauczania historii jest jej nudne przedstawianie. Ten fascynujący przedmiot jest nauczany na zasadzie, data, fakt, zazwyczaj bitwa albo pokój, traktat a emocji zero. Ja nie miałem pamięci do dat. To w żaden sposób nie mogłem połączyć historii powszechnej z Polską. Żadne problemy nie są omawiane, jedna linia i interpretacja faktów.
    A przede wszystkim brak tłumaczenia realiów czasu.
    Ja od kiedy skończyłem szkołę sam się uczę historii, ale takiej rozwodnionej jak mawia Gospodarz.
    Ostatnio czytałem reportaż z podróży do Ameryki Środkowej i do Kalifornii w okresie początków gorączki złota. Okiem polskiego dziennikarza, liberała, spojrzenie również liberalne na świat tamtego okresu, świat się dopiero wyzwalał z okowów monarchizmu, Ameryka była mekką liberałów a Kalifornia mekką Ameryki.
    Można odlecieć:)

  22. Istnieje coś takiego jak :powszechne kształcenie ogólne.
    Do 1 września 2012 było tego coś tam przez 6 + 3 + 3 lat
    historii,fizyki,chemii,biologii,geografii
    A od 1 września 2012 będzie tego coś tam poszechnego przez 6 + 3 +1
    ale bez hisotrii,bez fizyki,bez chemii,bez biologii i bez geografii
    No i dobrze!
    Precz z ogólnym ,dawajcie coś konkretnego w zamian .
    No i dali:
    nauka tańca towarzyskiego,style wnętrza domowego,systemy gry w TOTO,jak być boyem hotelowym,barman w inter city,zarządzanie w salonach towarzyskich itd.itp.
    Nareszcie coś właściwego dla baranów nadwiślańskich !Podniesie się jakość usług w Anglii,Irlandii,Niemczech…

  23. parker
    27 marca o godz. 7:12
    – – –
    „…Ten fascynujący przedmiot jest nauczany na zasadzie, data, fakt, zazwyczaj bitwa albo pokój…”

    Jakbyś wywołał wilka z lasu – patrz link poniżej.

    Tak jest , a oto dlaczego reformy i obowiązki pracownicze są masowo przez belferstwo sabotowane, kosztem przymusowo narażanych na nich dzieci:
    „90 proc. nauczycieli nie stosuje się do nowej podstawy programowej (…)
    ? Stara podstawa była lepsza. Nową napisali ludzie wyjęci z rzeczywistości (!!!sic!).
    Uczeń nie musi znać dat, definicji np. z fizyki ? mówi Ewa Józefowicz, dyrektor Gimnazjum nr 21 w Gorzowie Wielkopolskim”.
    http://serwisy.gazetaprawna.pl/edukacja/artykuly/605821,90_proc_nauczycieli_nie_stosuje_sie_do_nowej_podstawy_programowej.html
    Ano, nie musi znać dat, bitew, formułek, bo nie na tym polegają już od dawna podstawy programowe – czyli obowiązki belfrów.
    Ale, jeśli sam belfer nic metodycznie nie umie i nic robić mu się nie chce to jest jak było za Ćwieczka: uczeń musi za to przepisywać do zeszytu i klepać dyktanda belferskie (link). Dlatego podstawy programowe, czy reformy spotykają się z taką agresją i sabotażem belferstwa.
    Tamże ciekawe wnioski kontrolne z praktyk nauczania historii.
    Koń, jaki jest, każdy widzi, tylko dlaczego dzieci mamy wychowywać w stajniach?

  24. @Anna
    Poruszyłaś temat religii. Moich dzieci na szczęście już to nie dotyczy, a wnuki rodzą mi się w jednym z krajów starej demokracji.
    Ale przypomniałaś mi pewną historię sprzed lat. Moja najmłodsza córka była w pierwszej klasie. Coś tam już pisała, bo i w domu i w tzw. zerówce trochę się nauczyła. Na lekcji religii poświęconej Zaduszkom ksiądz kazał dzieciom przepisać z tablicy następujący temat : „Eschatologia czyli nauka o ostatecznych rzeczach człowieka”. Następnie próbował dyktować siedmiolatkom notatkę. Mam ten zeszyt do dziś.

  25. A np. Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu przyjmuje co roku na historię ok. 250 studentów. Ta liczba sukcesywnie wzrasta, podobnie jest w innych miastach.

  26. co tam historia, wystarczy wiecej godzin religii.

  27. @Dil-Se
    po szkoleniach z Nowej Podstawy programowej wprowadzonej 3 lata temu w gimnazjach, z ust szkolącego w ODN. swoją drogą zobacz na zalecane warunki realizacji w pp – uczeń do każdego tekstu literackiego musi znać: kontekst historyczny i biograficzny (kulturowy został wycięty)

  28. Trollowi, który się tu produkuje płodząc nudne i długie elaboraty można tylko odpowiedzieć słowami Tuwima:
    Próżno riposty się spodziewasz,
    nie dam ci prztyczka ani klapsa,
    nie powiem nawet pies cię …..,
    bo to mezalians byłby dla psa.

  29. Polonus 🙂 dlatego omijam szerokim łukiem tego typu szkolenia. Mam oczy i potrafię przeczytać podstawę. A nawet potrafię napisać na jej podstawie program.

    Zresztą, podstawa to minum więc kontekst kulturowy można wprowadzać.

  30. Obecnej reformy nie będę komentowała, ponieważ nie znam szczegółów podstawy programowej. Jednak do tej pory na pewno nie było dobrze. Osobiście 3 razy wkuwałam historię starożytnego Rzymu, rewolucję francuską i początki państwowości Polski (podstawówka która urwała się nagle na 6 klasie, gimnazjum i liceum). Natomiast historii najnowszej począwszy powiedzmy od wybuchu II WŚ w podstawówce nie miałam, bo właśnie wprowadzono reformę i zamiast do 7 klasy trafiłam do gimnazjum gdzie zaczęłam znów od prehistorii. Historia najnowsza wypadała tuż przed egzaminem gimnazjalnym lub maturą, więc omawiana była po łebkach. Dlatego nie dziwi mnie, że ludzie nie wiedzą kto strzelał w Katyniu i jak to było z Powstaniem Warszawskim. Pewnie łatwiej przyszłoby podanie daty przekroczenia Rubikonu prze Juliusza Cezara.
    Może właśnie obecna reforma to zmieni i pozwoli zapoznać uczniów raz a dobrze z całą historią, z naciskiem na najnowszą.

  31. aa
    historia, czyli klepanie narodowych pacierzy, do tego powtórka na polskim, patriotyzm, powstańcze, antyczne
    nie możemy dać sobie oderwać tej części trzewii
    do myślenia i autorefleksji bardziej skłoniła mnie lektura Pinkera *Tabula rasa np. Historia to było słuchanie, powtarzanie, represja

  32. @magdalena
    „Historia najnowsza” to wyłącznie zestaw bajek na użytek aktualnie rządzących polityków. Ponieważ są w nią uwikłani aktualnie rządzący i aspiranci do władzy, każdy się stara ją wykorzystać jak może…;-)
    Na dodatek większość istotnych dokumentów jest tajna (archiwa otwiera się po 50 latach albo później!), a każdy ma swoją wersję historii na podstawie osobistych przeżyć i emocji… W ogóle tzw.historii najnowszej nie powinno być w szkole!!!

  33. @Gekko
    ??W sytuacji, gdy nauczyciel (a w zasadzie nauczycielka) ma przekonanie, że zdolności i uzdolnienia są właściwością
    wrodzoną, niezależną od zaangażowania jednostki, wówczas częściej pracę nad rozwijaniem zdolności
    i uzdolnień uznawać będzie za pozbawioną szczególnego sensu i skazaną na niepowodzenie. (?)
    Gekko kim jestes z zawodu? Badz sobie powiedzmy przedsiebiorca importujacym skore z Chin. I teraz, ja nauczycielka bez zadnego doswiadczenia w handlu, bede Ci tlumaczyc jak krowie na rowie, ze powinienes swoj biznas tak a siak prowadzic, a najlepiej z Chin do Malezji sie przeniesc i za skor na placente w zastrzykach(bo gdzies slyszalam, ze na tym sie zarabia krocie). Zastap sobie handel skory Chiny i Malezje Twoja profesja. Sluchalbys mnie? Nauczyciele tez Cie nie sluchaja. Nie slucha sie przecietnych Kowalskich tylko kolegow po fachu.
    Rozumiesz o co mi chodzi? O szacunek dla profesjonalistow i zawodowego doswiadczenia.
    Jesli nie wiesz co te slowa oznaczaja, znaczy, ze sie specjalnie na niczym nie znasz, bo jak ktos jest specem w czymkolwiek, chocby i stolarce, to zna cene i wartosc swojej wiedzy rzemieslniczej. Wiec ludzie w niczym sie nie specjalizujacy nie powinni sie wypowiadac w materii ktorej nie znaja tylko dlatego, ze kiedys byli uczniami.

    Tak ludzie roznia sie zdolnosciami to fakt. Tak jak roznimy sie zawartoscia tluszczu na doopie tak roznimy sie zdolnosciami i to jest OK. Gdyby ludzie mieli takie same zdolnosci, to by wszyscy dawniej zostali kowalami, albo budowniczymi katedr, nikt by roli nie uprawial i zginelibysmy jako gatunek. To chyba dziecko zrozumie, co nie?

    Oczywiscie stwierdzenia o wrodzonych zdolnoscioach niesie ze soba ryzyko zaniedban w szkolnictwie, bo jak Pan slusznie zauwaza, nauciel zle uczacy moze zwalac wine na nature, ale nie jest to powod by nauczyciele musieli klamali wbrew wlasnym przekonaniom wyplywajacym z obserwacji.
    Oczywiscie problem jest rozlegly i wieloplaszczyznowy, ale faktem jest, za tak jak mamy rozne nosy tak i inne mozgi, chociaz ksztalt ten sam. Zaklinanie wezy nic tu nie da, oddala tylko od rozwiazania problemow rozwiazywalnych.
    Zamiast na sile robic ze wszyskie dzieci geniuszy, lepiej popracowac nad kondycja psychiczna spoleczenstwa, edukacja emocjonalna, rodzinna, prawna, seksualna. Uczyc szacunku dla drugiego czlowieka bez wzgledu na nos, mozg, kase czy pozycje. TO sa priorytety, a nie czy wszystkie nosy sa rowne.
    W szpitalu wszyscy pracownicy sa rowni? Na komendzie? W korporacji? Nie sa. dzieci tez nie. Nalezy sie im natomiast rowne traktowanie i rowny dostep do edukacji.

  34. @Anna
    „Ostatnio jak się nie nauczył akt wiary, to katechetka zrobiła mu awanturę, że angielskiego i matematyki to go rodzice uczą a religii nie. Nie chciał iść na drugi dzień na religię, bo się bał awantury, a modlitwy przez noc nie zdołał się nauczyć.Rodzice by mu może odpuścili tę religie, ale boją się reakcji drugich dziadków.”
    Taka postawa oddali laicyzacje kraju, ale skoro macie w nosie kraj, bo nie czujecie sie jego czescia i planujecie w przyszlosci wszyscy zwiac, to chociaz, na Boga, zmilujcie sie nad dzieciakiem. Krzyk to jest element przemocy psychicznej, wiedzialas? Dla fanatyzmu religijnego starszych, zrypiecie spychike dziecka? Przeciez katechetka juz jest wyraznie negatywnie ustosunkowana do wnuczka, nie bedzie go akceptowala, kilka lat bedzie wobec niego agresywna.
    Ile to ja juz opowiesci slyszalam, jak to kobiety w czarnych sukniech zwane katechetkami (nieprzystosowane do zycia wspoleczenstwie-zakonne zycie uwazam za schronienie dla slabych jednostek) doprawadzily dziecko do starchu przed przedszkolem, teksty ida o diablach, dzieci placza. I sie pytam mamusi-pani doktor nauk scislych, dlaczego nie wypisza z religii, przeciez nie jest obowiazkowa. Odpowiedzia jest wzruszenie ramionami. No to ja odpowiem: bo jestescie obludni i tchorzliwi. Rozumiem strach, kiedy jest realne zagrozenia utrata zycia czy prac,y ale tu?? Obluda na wlasne nieszczescie. Nic tylko zyczyc udanej taplaniny w obludnym blocie.
    Przepraszam, ale kurtulanie w tym temacie sie wypowiadac stracilam cierpliwosc. Tym narodem trzeba wstrzasac, nie debatowac.

  35. @emerytka
    „Moja najmłodsza córka była w pierwszej klasie. Coś tam już pisała, bo i w domu i w tzw. zerówce trochę się nauczyła. Na lekcji religii poświęconej Zaduszkom ksiądz kazał dzieciom przepisać z tablicy następujący temat : ?Eschatologia czyli nauka o ostatecznych rzeczach człowieka?. Następnie próbował dyktować siedmiolatkom notatkę. Mam ten zeszyt do dziś.”

    Boze jaka komromitacja. Ale na nauczyciece z magistrem, szkoleniami, doswiadczonej oddanej, matce, powiesi sie psy.
    Ile kasy idzie w bloto na ten „profesjonalizm” ksiezy?
    No i ja tez chce uczyc religii w szkole napisze na tablicy regolki do przepisania na arkusz A4. Pierwszaki beda sie z tym slamazarzyc dwie, trzy godziny (dla niewtalemniczonych reka dziecka 6-letniego moze trzymac dlugopis gora 15 minut), a se bede paznokcie pilowac i jeszce mi zaplaca. Normalnie jajka se dorobie, zmienie plec i ide do seminarium.

  36. „Moim zdaniem, ktoś to już tu wspomniał, podstawowym błędem nauczania historii jest jej nudne przedstawianie. Ten fascynujący przedmiot jest nauczany na zasadzie, data, fakt, zazwyczaj bitwa albo pokój, traktat a emocji zero.”
    Emocje to sa w cyrku i agencji towarzyskiej. a jesli juz koniecznie chcesz szkoly na wesolo, to zatrudnij tam cyrkowcow, celebrytow, komikow. Przedtem odpowiednio ich oplac, bo 20 godzin tygodniowo zabawiania dzieciakow to bedzie kosztowac 10 razy wiecej niz Ftyta zakosila w big brotherze, czy co tam sie teraz oglada.
    A jesli nie masz takiej kasy to sam opracuj jakis wesoly program „nienudnego przedstawiania historii”, ja Ci zaplace, jak zobacze, ze przez rok dzieci sie naucza, co tam w programie bylo i dadza Ci ocene 5 z plusem za dobra zabawe. No co idziesz na to?
    Pewnie, ze kazdy chcialby sie uczyc bawiac, najlepeij ogladajac Taniec na lodzie i chlonac matematyke na akademickim poziomie, uczyc sie historii nie z musu na klasowke, tylko wtedy kiedy sie zachce, np za 30 lat, juz jako dorosly Parker, ale to niemozliwe. Ja tez dopiero tera czytam Grona Gniewu i Zamek. Kiedys nie mialam „melodii” do czytania tego. Ale nie plete, ze polonistka byla nudna, bo to nie jej zawod mnie zabawiac.
    Parker z calym szacunkiem dla ciebie, orlem w szkole nie byles, mimo inteligencji. Nic szczegolnego, pelno takich dzieci: zdolny ale leniwy. Przy czym leniwy moze oznaczac tylko ogolna niedojrzalosc. Niedojrzales do uwaznego sluchania na lekcjach i teraz zwalasz wine na nauczycieli, ze nie zrobili z Ciebie prezesa banku czy Noblisty. Sorry, ze tak szczerze, ale wieje frustracja z Twoich postow, to widac bardzo.

  37. @Gekko
    „Ile godzin potrzeba, aby uczyć z efektem czegoś, o czym uczący sam nie ma pojęcia i nawet o tym nie wie?”
    Nie uwazasz, ze chamskie nieco stwierdzenie?

    „Problem w tym, że każdy, nawet najmniej lotny uczeń, uczy się, przez przykład, na tak wybrakowanej postawie belfra już po pierwszym kontakcie ze szkołą publiczną.”
    Wybrakowany to jest te twoj post. Wracaj na poczte steplowac koperty bo pojecia nie masz.

  38. tsubaki
    1 kwietnia o godz. 19:12
    – – –
    Droga Pani tsubaki, pięknie się Pani różni, gdy tak pisze, ewidentnie pod wpływem – czegoś (serum prawdy?) 🙂
    Nawet, lokując polemikę, cyt.: pośród krów, co zwabiły Panią na rów.

    Bo, jako kompetentna nauczycielka, powinna Pani rozpoznać cytowane przeze mnie wyniki ‚Raportu o stanie edukacji 2010, IBE’ („…W sytuacji, gdy nauczyciel /a w zasadzie nauczycielka/ ma przekonanie, że zdolności i uzdolnienia są właściwością wrodzoną, niezależną od zaangażowania jednostki, wówczas częściej pracę nad rozwijaniem zdolności i uzdolnień uznawać będzie za pozbawioną szczególnego sensu i skazaną na niepowodzenie…”), zaprezentowanego przez prof. Michała Federowicza na Kongresie Polskiej Edukacji. Bynajmniej importem skór nie zajmującego się, co jedynie zrozumiała Pani z tej jakże fachowej diagnozy własnego losu.
    Niechże więc Pani lepiej rozpoznaje sens inspiracji polemicznych, będący na poziomie bynajmniej nie krówskiego rowa, jak elegancko Pani to ujęła, zręcznie dystansując się od pospolitego chamstwa.
    Ale cóż, jaka samoświadomość belferskiej kompetencji, taki wywód, na poziomie może wspomnianej przez Panią agencji, ale na pewno nie oświatowej.
    I o tym też napisałem – o Pani i wielu tu belfrów permanentnym stanie nieświadomej niekompetencji, czego tak pięknie Pani na piśmie dowodzi (chyba, że to jedynie serum prawdy liquorem zadziałało).
    Zapewniam też Panią, że gdybym kiedyś zarzucił zawód akademizmu edukacyjnego edukatorów, będę z równym szacunkiem słuchał, jak stukają stemple pocztowe w rękach zredukowanych niekompetentnych i dziś tak aroganckich belfrów; tak, jak odnoszę się do każdej, solidnej i fachowej pracy, która oby im była gdziekolwiek poza szkołą dana.
    Tego mnie bowiem …nauczono, podobnie jak wstrętu do obnażających się swym belferskim ‚zawodowstwem’ panien i kawalerów, w obliczu przymusem na nich narażonych dzieciaków.
    Życzę pojęcia, najlepiej zawodowego, w nowym lepszym życiu 🙂

  39. tsubaki
    1 kwietnia o godz. 18:59

    Nie przepadam za osobistymi komentarzami ale darzę Ciebie sympatią, więc odpowiem.
    Nie możesz wiedzieć, czy byłem w szkole orłem, czy nie byłem, frustracji mi nie zarzucaj. Czasem człowiek jest sfrustrowany czasem szczęśliwy, jak komentuje ten blog prze trzy lata różne nastroje zaliczyłem.
    Skończyłem jedno z najbardziej prestiżowych liceów w Warszawie, na maturze poza polskim którego bym nie zdał, gdyby nie fałszerstwo maturalne mojej nauczycielki (poprawiła mi błędy ortograficzne, ale za to postawiła tróję, mimo że praca na piątkę zasługiwała, ale wyżej sumienie jej nie pozwalało) miałem same piątki a z matematyki maximum punktów mimo wielkiego kaca.
    Ale masz rację, uczyć się nie lubiłem i w ogóle jestem leniwy, ale co mam zrobić, lenistwo jest silniejsze ode mnie.
    A ty uważasz, że jak ktoś się urodzi pracowity to jego zasługa?
    A jaka?
    Jak myślę o szkole moich dzieci, szkole w której nie wiele się zmieniło od moich czasów, rzeczywiście czasem się człowiek frustruje, jak można się nie uczyć na swoich błędach i je przenosić z pokolenia na pokolenie, czy to nie czasem wina beznadziejnego nauczania historii?
    Nie twierdzę, że w szkole ma być wesoło, ma być emocjonująco, dla Ciebie to to samo?
    Zresztą wesoło to lepiej niż smutno, tak uważam ale oczywiście masz prawo myśleć odwrotnie. Ja unikam smutnych ludzi.
    Nie jestem historykiem żebym miał opracować jakiś program, zresztą nie rzecz w programie, tylko sposobie jego przedstawienia.
    Jeżeli uważasz, że lekcja powinna być nudna, że nauczyciel nie musi prowadzić lekcji ciekawie, zainteresować uczniów problematyką, to mogę ci tylko współczuć.
    Po co się uczymy historii?
    Czy po to, żeby wymienić po kolei poczet królów polskich z datami wstąpienia na tron?
    Żeby znać daty bitew i pokojów z miastami w których były zawarte?
    Co nam z takiej wiedzy?
    Moim zdaniem, historii się uczymy po to, żeby lepiej rozumieć naszą współczesność, bo ma ona na nią olbrzymi wpływ i ją bezwzględnie warunkuje.
    W historii fascynujące są związki przyczynowo skutkowe, wpływ jednostek z ich osobistymi motywacjami które zaważyły na losach świata.
    Wreszcie przypadek, tak, przypadek który rządzi losami narodów, alternatywne scenariusze rozwoju wypadków, w to wszystko można wciągnąć uczniów. Naprawdę, zainteresowanie uczniów historią to łatwizna, trzeba tylko mieć zdolności, samemu się interesować historią. Odnoszę wrażenie, że historycy się historią nie interesują, inaczej by tak nie nudzili.
    Może to tylko ja miałem takiego pecha, że trafiałem na nauczycieli, którzy nie potrafili historii przedstawiać problematycznie, prowadzić interesująco, ale z tego co czytam opinie internautów pod tym ale i innymi forami, to raczej nie byłem odosobnionym przypadkiem, to raczej reguła.
    Każdy przedmiot można uczniowi obrzydzić, nie tylko historię.
    Wytłumacz mi proszę, jak to jest możliwe, że dziecko na zajęcia pozaszkolne, gdzie też się musi uczyć, jak na przykład kółko matematyczne chodzi chętnie, a na ta sama matematykę do szkoły niechętnie.
    Poza szkołą trudniejsze zadania musi rozwiązywać. Angielski w szkole nudny, a na zajęciach dodatkowych fajny, a też są prace domowe, te odrabia chętnie, ze szkoły minusy za brak pracy domowej.
    Na kółko plastyczne z wypiekami na twarzy, na plastykę w szkole ze znudzona miną, bo znów będzie nieciekawie. To nie są emocje, kiedy dziecko z zajęć wychodzi podekscytowane, nie może się doczekać następnych?
    To czemu w szkole tak nie można?
    A bo panuje przekonanie któremu hołdujesz, że w szkole nie musi być ciekawie a nauka to ciężka praca, więc nikt przy zdrowych zmysłach jej nie lubi. Bo pracy się nie lubi, każdy nauczyciel ci to powie.Takie doświadczenie wynieśli ze szkoły nauczyciele i rodzice i według takiego schematu podchodzą do nauki swoich uczniów i dzieci.
    Nie lubienie pracy też ma podłoże historyczne, myślę że to jest piętno feudalizmu jeszcze które pokutuje w naszych głowach.
    Do takich wniosków dochodzę na podstawie obserwacji historycznych z własnego życia i opowieści moich rodziców o ich szkole. Myśleli jak Ty.
    Emocje mi szkoła dostarczała w domu, po wywiadówce.
    Tego mnie nauczyła historia właśnie, przyczyn polskiego konserwatyzmu i współczesnego kołtuństwa.
    Więc krytykuje takie postawy, ale je rozumiem, dzięki historii.

  40. @Parker
    „A ty uważasz, że jak ktoś się urodzi pracowity to jego zasługa?
    A jaka?”
    Oczywiscie, ze nie jego zasluga. Nie o to chodzi. Chodzi o to, by wrodzonych cech nie przypisywac sobie, ani nie obwiniac nimi innych (np. nauczycieli), a Ty to drugie robisz konsekwetnie od 3 lat na tym blogu, mimo, ze jak przyznajesz, trafiles na tak wspaniala nauczycielke polskiego. Napisz czasem cos rownie budujacego. Badz wesolym, pozytywnych czlowiekiem, takim jakich rzekomo lubisz. Wszyscy jestesmy polaczonymi naczyniami tego samego spolecznego krwiobiegu. Jesli na Blogu Pana Darka nauczyciele (takze Twoich dzieci) czytaja jakimi sa nieszanowanymi obywatelami drugiej kategorii, to jak Ty sobie wyobrazaz ich etos pracy? Polubia swoja prace? Czy swoje dzieci tez traktujesz w rownie „budujacy” sposob.

    „Nie twierdzę, że w szkole ma być wesoło, ma być emocjonująco, dla Ciebie to to samo?”
    Z punktu widzenia fizjologi i biologi ciala ludzkiego to to samo. Czy na wesolo, czy emocjonujaco taki styl 20 godzin tygodniowo zre psychike. Wiem co mowie, bo moim obowiazkiem jest emocjonujaco uczyc na zajeciach popoludniowych. Tak emocjonujaco uczylam, ze sie w mig wypalilam, chcialam dzieci rozszarpac i uciec na koniec swiata, a najlepiej uprawiac buraki gdzies na wsi. W lekkiej depresji tez bylam, bo moje zycie to nie tylko praca, to jest dziecko i probemy z nim, maz, ktory nie rozumie, bo nie mozna zrozumiec pracy nauczyciela jesli sie jej nie wykonuje, starzy rodzice, choroby, smierci. Jestem czlowiekiem, mam swoje zycie. Czy ja jestem maszyna do emocjonowania cucdych dzieci, a wlasna rzodzine mam zostawic gdzies w czarnej D…? Przeciez nie mozna byc bez przerwy zaangazowany, 24 h na dobe w edukacje kikuset dzieci plus ich rodziny? Czy Ty tez masz tak …jowe zajecie?
    Dlaczego sie tak wywnetrzam? Ano moze ktos zrozumie.
    A teraz jako starsza siostra scieram lzy poczatkujacych nauczycielek, ktore zbieraja razy od rodzicow, ktore dziwuja sie wielce efektom swojej pracy: „dlaczego tych czworo nic nie rozume, przeciez wszyscy ucza sie na tej samej lekcji, tyle samo godzin.” Z poczatku obwaialam sie mowic, co mysle, ale teraz, w obawie przed ich stanem psychicznym, pouczam nowicjuszki, ze dzieci nie sa rowne i wszystkich sie nie nauczy, ale w depresje wpasc mozna. I niech Gekko i inne profesory mi podskocza. Z wiatrakami walczyc nie bede, bo ja tez z cala reszta innych nauczycieli zasluguje na szacunek.

    Acha, dzieci na zajeciach popoludniowych niewiele potrafia po kiku latach-bawilismy sie. Rodzice byli zachwyceni, dzieci tez. Kosztuje ich ta zabawa kika tys, dolcow za pare lat. A co mnie tam, niech placa. Tyle co sie podczas tej „zabawy” naucza to ja w ciagu roku nauczylam sie w nudnej, polskiej szkole, wkuwajac z czarnobialego nudnego podrecznika i znoszac fochy nudnej nauczycielki-starej, wrednej panny. I to za darmo. Ale niech placa, kapital sie obraca, gospodarka zyje, wszyscy zarabiaja, ja se domek za gotowke kupilam za ta ich „zabawe”. Dla mnie pieknie, pod wzgledem finansowym. I juz wiecej nie chce, wole mniej ale za to bez koniecznosci „emocjonowania” dzieci. Niech znowu jakas mloda naiwna sie za to bierze, spartoli wasne podworko, ale beda ja chwalic.

    W szkole zwyklej natomiast zachwyceni sa tylko rodzice, jak duzo dzieci potrafia. Dzieci roznie. Te zdolne tez zadowolone, chociaz pewnie wolalyby sie bawic. Te nie rozumiejace (nie rozumieja bo nie maja predyspozycji, mozecie mnie ukatrupic, nie jestesmy rowni) wola grac w noge, co jest naturalne. Ja nie lubie majsterkowac, bo nie potrafie.

    „Nie lubienie pracy też ma podłoże historyczne, myślę że to jest piętno feudalizmu jeszcze które pokutuje w naszych głowach.
    Do takich wniosków dochodzę na podstawie obserwacji historycznych z własnego życia i opowieści moich rodziców o ich szkole. Myśleli jak Ty.”

    Ales Ty naiwny. Musisz, ze za granica to ludzie lubia pracowac?? he, he. Wszedzie na swiecie ludzie wola pilota i telewizor od pracy. Jakies 5-10% lubi cos tam robic, 1% ma swiadomosc, ze praca „oddala od nas trzy wielkie niedole: nude, ubostwo i wystepek” i ci pracuja z przekonania.
    Tez Cie lubie, bo znam Twoj punkt widzenia i dobrze go rozumiem: jestes przedsiebiorca, ktory pracuje na budzetowke chcesz zeby bylo jak u Ciebie w firmie. No, wez Parker nie widzisz roznicy miedzy budzetowka a prywatna firma? Przeciez nie musze Ci niczego tlumaczyc. Sam znasz odpowiedzi na pytania, ktore mi zadalas. Glowa muru nie przebijesz.

    Nie dopasujesz ludzi do wlasnych idealow, szczegolnie szczujac na nich. Trzeba idealy dopasowywac do ludzi i obserowac na ile da sie cos poprawic. Tak robia dojrzali ludzie, znajacy juz nieciekawa prawde, ze nie bedzie nigdy tak jak sobie wymarzylismy. Nalezy marzenia realizowac, ale z glowa.

  41. @ Gekko
    Styl masz tak finezyjny, ze mnie skreca. Taki ynteligetny i chamski jednoczesnie. Czy sie w finezyjny papierek zawinie, czy wypowie bezpposrednio na jedno wychodzi: obrazasz nauczycieli, jestes arogancki, straszysz stempelkami na poczcie. Nic oprocz eleganckiego garnituru pod spodem nie masz.
    A jak latwo Cie wyprowadzic z rownowagi. `are ostrych sformulowac i juz straciles zdolnosc argumentowania. Slabeusz. Dzieciak. Moja mlodziesz jest madrzejsza.Ten usmieszki w poscie nie zmienia wydzwieku Twojego wpisu. Czuc niezrownowazenie. Kortyzol Cie zalal po jednym wpisie „niekompetentnej” tsubaki.
    Ja bym zignorowala, skoro nikonpetentna, a nie tytulami szafowala. Zalosne.

  42. @parker
    >Na kółko plastyczne z wypiekami na twarzy, na plastykę w szkole ze znudzona miną, bo znów będzie nieciekawie. To nie są emocje, kiedy dziecko z zajęć wychodzi podekscytowane, nie może się doczekać następnych?
    To czemu w szkole tak nie można?<
    Na kółku nauczyciel (zwykle(jeszcze?) dość swobodnie wybiera to co będzie się podobało i jemu i uczniom. Na lekcji musi "zrealizować program(czy podstawę" powstałe w wyniku gry interesów różnych grup i koterii sformalizowane pod każdym względem w sposób skrajny. Na kółku jest kilkanaście osób i to z własnej woli(!), a na lekcji – ponad 30 i to pod przymusem.
    Dlatego, często u tego samego(!) nauczyciela, odbiór kółka i lekcji jest tak różny!!! To coś takiego jak religia na oazie na parafii i religia w szkole…;-)

  43. S-21

    To zbyt proste wytłumaczenie. Na angielskim nie da się przerabiać tego co ciekawe, na matematyce też a plastyka zarówno w szkole jak i na kółku powinna wyglądać tak samo.
    Zapytałem dziecko jak wygląda lekcja plastyki i dlaczego uważa, że jest nudna.
    Odpowiedź: Na lekcjach plastyki zazwyczaj czytamy.
    Jak to, razem?
    Nie, najpierw jeden uczeń czyta, potem drugi a na koniec pani zazwyczaj kończy, żeby zdążyć.
    A prace?
    Tylko rysowanie, od początku roku tylko sześć prac i ani razu farbami tylko kredkami.
    A jakieś papiermasze, prace zespołowe, instalacje, kolaże?
    Nie, zazwyczaj czytanie i czasem rysowanie.

  44. tsubaki

    Ja tam dostrzegam różnicę między protestanckim podejściem do pracy a katolickim. Nie będę rozwijał wątku, żeby się nie mądrzyć.
    To też historyczne uwarunkowania.

  45. @parker
    Na lekcje plastyki zapewne „mądrzy w piśmie” zaplanowali też jakąś „teorię” – rysy historyczne, żargon pseudonaukowy, życiorysy ważnych postaci [to wszystko podobnie jak z literaturą, ona w czytaniu bywa fascynująca, ale pseudonauka o niej …;-)!] itp..itd. I nauczyciel tę nieciekawą „teorię” na lekcji musi(!) ” realizować”…
    Oczywiście „mądrzy w piśmie” dzięki temu mają honoraria za programy, książki, bryki etc….;-)

  46. http://www.interklasa.pl/portal/index/strony?mainSP=subjectpages&mainSRV=sztuka&methid=1547319074&page=subpage&article_id=321547&page_id=20945

    Tam znajdziesz podstawę programową dla klas IV-VI, znajdź mi to o czym piszesz.
    To jedyne co obowiązuje nauczyciela, program pisze sobie sam.
    Ale po co robić bałagan w klasie, otwórzcie podręcznik (to już jest kuriozum, podręcznik do plastyki) i czytajcie. Stąd żadnego malowania, lepienia czy czegokolwiek, bo to dla pani zawracanie głowy.

    @ Gospodarz,

    Co by Pan zrobił na moim miejscu, poszedł do dyrekcji, domagał zmiany nauczycielki, rozmawiał z nauczycielką?
    O czym?
    Czy olać sprawę, niech się dzieci nudzą i nie mają plastyki, to co robi pani nauczycielka przecież plastyka nazwać nie sposób.
    W końcu dziecko ma plastykę poza szkołą.

    PS. Jedna lekcja była ciekawa, jak przyjechali goście z zagranicy i uczestniczyli w lekcji.
    Dzieci miały wtedy przynieść plastelinę, krepinę, farby i 45 min uprawiały z przybyłymi gośćmi niczym nie skrępowaną sztukę.
    Dziecko powiedziało, że szkoda że tylko raz przyjechali bo było nawet fajniej niż na plastyce w Pałacu Młodzieży.
    Czyli pani wie jak powinna wyglądać lekcja, tylko na co dzień jej się nie chce, woli kazać dzieciom czytać podręcznik.
    Dodam, że żadnego wyjścia do muzeum czy galerii nie było, pokazu zdjęć, filmu czy czegokolwiek poza czytaniem i czasem rysowaniem.
    Tylko kredkami kazało mi podkreślić dziecko:)

  47. @parker
    Czy znasz kluczowe dla obecnej polskiej biurokratycznej szkoły słowo „udokumentować”???;-)
    Te wszystkie ładnie brzmiące dla laika punkty zadań, celów treści itp.itd. trzeba właśnie” udokumentować” – tzn. stworzyć dowody, że się nimi zajmowało. Nikogo (żadnego urzędasa, a to są przełożeni tej nauczycielki!) nie interesuje Twoje dziecko, jego zadowolenie, rozwój itp.itd.Jak powiadają co bardziej bezpośrednie urzędasy „uczeń nie jest załącznikiem do dokumentacji”!!!Ważna jest jedynie ta dokumentacja czyli wytworzone prawdziwe bądź nie formalne „dowody”, że się realizowało podstawę, zalecenie, zarządzenie, ustawę…. I ta nauczycielka to robi!A rozwoju i radości Twojego dziecka nikt od niej nie wymaga więc ją to średnio obchodzi…;-)
    W tej podstawie jest masa rzeczy, które mają charakter „wiedzy teoretycznej”, tylko Ty ich nie widzisz…
    I kwestia wyjść oraz wycieczek – pani od plastyki ma z klasą Twojego dziecka 1 godzinę tygodniowo. Pewnie przed i po tej godzinie ma lekcje w innych klasach. Nie da się wyjść na 45 minut – a 3-4godzinne wyjście zaburza formalny rytm szkoły – potrzebne są zastępstwa, przestawienia – dzieci nie realizują obowiązkowych 80% godzin z każdego przedmiotu, a potem nadzór się będzie czepiać!!!

  48. S-21

    S-21

    Nie rozumiem, podlinkowałem podstawę programową, pani jej nie realizuje.
    Idzie po linii najmniejszego oporu czyli przerabia plastykę teoretycznie, czego bronisz?
    Co ma udokumentowanie pracy do tego?
    Co ona dokumentuje, podręcznik przerobiony?
    Czemu nie dokumentuje, prac plastycznych dzieci?
    Czy wy nauczyciele, nawet pedofila nauczyciela będziecie bronić?
    Bo jak bym taki przypadek opisał to wydaje mi się, że też by się z potępieniem środowiska nie spotkał, jak bicie dzieci kilka tygodni temu.
    Zgroza

  49. I jeszcze jedno S-21

    Dziś dzieci nie poszły do szkoły z powodu testu szóstoklasisty.
    Myślisz, że pani od plastyki była zajęta?
    Czemu dziś dzieci nie poszły na wycieczki, do kina, do muzeum, galerii?
    Rodziców chętnych pomóc nie brakuje.

  50. @ tsubaki
    2 kwietnia o godz. 19:32
    – – –
    Bardzo dziękuję za Twoją korespondencyjną lekcję finezji i kultury, inicjującą dyskusję, cytuję:
    „…bede Ci tlumaczyc jak krowie na rowie…wracaj na poczte steplowac koperty”.
    Co prawda, Twojej usługi edukacyjnej nikt nie zamawiał, ale i tak śmiechu co niemiara na takiej i wesołej i emocjonalnej lekcji.
    Ja się z Twoich wypowiedzi cieszę, bo nic lepiej , niż one i Twe komiczne przeświadczenie, że dysponujesz jakąś kulturą czy zawodem, nie ilustruje wywołanej przez Ciebie konieczności „zadbania o zdrowie”.
    Przede wszystkim jednak – zdrowie dzieci, narażanych w szkole na tego typu niezamawiane ‚lekcje’.
    I tylko dlatego odpowiadam, że jedynie te dzieci i to ich narażenie zawodowe sprawiają, że śmiech zamiera na ustach i trzeba wtedy pisać.
    Warto i trzeba skomentować ten ośmieszony i zbrukany Twoim postem ethos, wykluczający szacunek dla profesji belfra, o który tak się i Ty, bezpodstawnie dopominasz.
    Zażyte w nadmiarze serum prawdy Cię nie usprawiedliwi, nawet, jeśli tylko z jego powodu poświęcasz się dla ubawu gawiedzi (czy innych importerów skór, których dzieci uczysz za ich pieniądze).
    Życzę oczywistej a mniej ośmieszającej terapii i na pewno poza blogiem i szkołą.

  51. parker
    3 kwietnia o godz. 21:32
    – – –
    Podziwiam Twoją prostotę „prostaczka”, w próbie nawiązania kontaktu rzeczywistości z otępieniem środowiskowym.
    Wiem, ile wyrafinowanej miłości do ludzi wymaga taki dyskurs rzekomego, jak Ty, „prostaczka”.
    Współczuję Ci i zazdroszczę.
    Tak, jak mechanik samochodowy, estecie pucującemu szmatką swojego nowo zakupionego, 10 letniego merca.
    Ja niestety, jako mechanik widzę pod klapą to, co sprzedano Tobie.
    Wolałbym nie widzieć i dalej, jak 20 lat temu wierzyć, że taka, jak tu się wyobnaża, mentalna komuna i jej wyznawcy do szkoły nie wróci.
    Teraz mogę tylko mieć nadzieję, że do takiej szkoły nikt przyzwoity wrócić nie będzie musiał.
    Przenieś dziecko póki czas 😉

  52. @parker
    >Czy wy nauczyciele, nawet pedofila nauczyciela będziecie bronić?<
    Ja nikogo nie bronię, usiłuję Ci wytłumaczyć mechanizmy…;-)
    Pani robi to czego od niej pracodawca wymaga i co kontroluje..;-)
    Ty się od niej domagasz, żeby robiła więcej, formalny porządek naruszała itp.itd. To postawy heroiczne, dobre dla 10(powiedzmy!)%,ale nie dla większości dość marnie wynagradzanych przedstawicieli masowego(!) zawodu!!!
    Dzień egzaminu 6-klasistów jest we wszystkich podstawówkach wolny, a pani przecież była musiała być w jednej z licznych pilnujących komisji(taka procedura CKE) – min.3 osoby, również dla 1 ucznia, ktory ma "szczególne potrzeby"….;-)

  53. Gekko,

    Myślisz, że nie myślałem o przeniesieniu?
    Problem polega na tym, że większość prywatnych czy społecznych szkół jest nastawiona na wyścig szczurów jeszcze bardziej niż publiczne.Tego wymagają od niej ambitni rodzice którzy posyłają tam dzieci. Szpanerskie środowisko, poczucie elitarności moim zdaniem bardziej szkodzi dziecku niż publiczna szkoła.
    Dla mnie ważniejsze w szkole jest wychowanie niż przekazywanie wiedzy i jak położyłem na szali te dwie wartości, zdecydowałem się na publiczna szkołę. I nie dlatego, żebym uważał że publiczną wychowuje, nic z tych rzeczy. Ale środowisko w którym się dziecko wychowuje jest naturalne.
    Wiesz czym się różni publiczna służba zdrowia od prywatnej?
    W publicznej aroganccy są lekarze w prywatnej pacjenci:):):).
    Spróbuj poprosić, żeby cie ktoś przepuścił jak się spóźnisz na swój numerek, albo potrzebujesz wejść, bez kolejki poprawić receptę nieprecyzyjnie zakreśloną której ci apteka nie chce zrealizować.

    S-21

    „Pani robi to czego od niej pracodawca wymaga i co kontroluje”

    No właśnie nie, nie wymaga od niej czytania podręcznika na lekcji. Wręcz przeciwnie, podlinkowałem przecież podstawę programową. Pani robi to na co jej pracodawca pozwala, ale jak może nie pozwolić jak pani mianowana czy inna dyplomowana?
    Pracodawca może jej skoczyć.

  54. parker
    4 kwietnia o godz. 9:46
    – – –
    @ parker,
    też tak myślałem, szukając szkół dla dzieci.
    Właśnie z powodu wychowania, za nic w świecie nie chciałem, aby tykali je tego typu, co wielu na tym blogu, belfrzy.
    Kwestią nie jest forma własności szkoły, ale warunki, jakie systemowo kształtują jej pracowników -a to znaczy, że w publicznej, szansy na rzetelnego nauczyciela nie ma. On wypali się i zostanie zagryziony wcześniej, niż się zorientuje, a i tak jest wyjątkiem w masie cynicznych od początku pieczeniarzy.
    Szanse (choć nie gwarancje) daje niepubliczna. Przebadałem 8 takich szkół.
    Mogę powiedzieć, że powielasz stereotypy. Tak, 3 z tych szkół to były przechowalnie nowobogackich głupków, z adekwatną kadrą wychowaną na publicznym a dobraną kumotersko.
    Cztery nie różniły się od publicznych, z podobną kadrą jw., chociaż miały zaletę lokalności. Niestety, prowincjonalny lokals to w naszym kraju najczęściej pazerny kołtun, stąd szkoły odpadły w przedbiegach.
    Jedna ze szkół zdyskwalifikowała mnie samego – na dzień dobry, ze względu na to, że przyjechałem pojazdem sąsiada, człeka niezamożnego (tak, tak, czesne zaczynało się od 7kPLN/ms i uznano mylnie, że mnie nie stać). Dziękuję opatrzności i Pani Właściciel /fryzjerki z zawodu/, że uniknąłem katastrofy, nie posyłając tam dzieci.
    Ale znalazłem tę szkołę o którą chodziło, jak już pisałem, dzięki aktywności samych dzieci.
    Nie żałuję tego wyboru, ani jednego grosza ani dnia, podobnie moje dzieciaki.
    Dodam, że czesne nie przekraczało kosztów rodzicielskiego utrzymania rzekomo bezpłatnej publicznej szkoły (porównanie przez dzieci sąsiadów w publicznej). W tej szkole, niezamożne dzieciaki mogły też uzyskać stypendium, sam takie współsponsorowałem, z wdzięczności szkole.
    Nie warto dać się omamić „powszechnym dowodom słuszności” i czarnej propagandzie państwowych monopolistów.
    Jeśli są (a są) okropne szkoły niepubliczne to tylko i jedynie dlatego, że stworzone przez i na modłę wychowanych na publicznym, pazernych belferskich oszustów. No i nie brak plemiennego zapotrzebowania na takie usługi, co nie znaczy, że to jedyna na rynku oferta.
    Dokładnie tak samo jest z ochroną zdrowia, ale to inny i szerszy temat, i tu także, masz jedynie wgląd stereotypowy (co trudno czynić zarzutem).
    Ale przez to samo, nie jest też to, co piszesz, trafną ekspertyzą).
    Przenoś dzieci, póki czas, skorupka nasiąka, zanim się zorientujesz, że już straciłeś rodzicielski wpływ 🙂

  55. @parker
    >ale jak może nie pozwolić jak pani mianowana czy inna dyplomowana?Pracodawca może jej skoczyć.<
    To tylko medialny mit – pracodawca, gdy chce, ma narzędzia do zwolnienia kiepskiego nauczyciela, również mianowanego i dyplomowanego. Nie robi tego bo
    a) taki nauczyciel jest poręczny i posłuszny;
    b)nic go nie obchodzi co taki nauczyciel naprawdę(!) robi;
    c)sam ma tyle za uszami, że boi się wyciągnięcia swoich(!) brudów przez niemającego już nic do stracenia pedagoga;
    d) od dyrektora jego zwierzchnicy też wymagają perfekcyjnej papierologii i niczego więcej(może poza wazeliną).
    Najczęściej występuje kilka z tych powodów albo wszystkie naraz;-)
    Eliminacja takiego stanu to już jednak sprawa systemowa i wymaga bardziej kompetentnych działań niż pokazywanie na KN jako chłopca do bicia…
    Podobnie realna(!)naprawa naszych finansów publicznych to coś znacznie bardziej skomplikowanego od zmiany w ustawie emerytalnej paru cyferek…;-)

  56. @Gekko
    No i dalej nie podajesz nazwy swojego wirtualnego raju edukacyjnego ze swojej wyobraźni. Przecież pochwała zadowolonego klienta tylko tej szkole pomoże, a i będzie wyrazem wdzięczności…;-)
    Chyba, że, jak z wyspami Bergamuta w znanym wierszyku, „szkoły tej nie ma”…;-)

  57. Gekko,

    to bardziej skomplikowana sprawa. Dzieci chodzą do szkoły rejonowej, nie dojeżdżają, mają kolegów ze swoich okolic, razem graja w piłkę, jeżdżą na rowerach, spotykają się w domach, są samodzielne lokalnie, moim zdaniem to bezcenne.
    Dowożenie w drugi koniec miasta upośledza dziecko. Do wyboru gimnazjum mamy jeszcze trochę czasu. Jak znajdę takie które przyjmuje nie patrząc na punkty z testu szóstoklasisty, które znaczny procent dzieci przyjmuje bez czesnego, ( gotowość do ponoszenia kosztów kształcenia takich dzieci przez pozostałych rodziców jest dla mnie miarą środowiska w którym się znajdzie). W którym celem nie jest najlepsze napisanie testu na koniec. Które dba o harmonijny rozwój dziecka, pielęgnuje jego pasje. W którym metodą zmobilizowania do nauki nie jest sankcja, tylko zainteresowanie uczniów przedmiotem, to tam wyślę. Ale jak przeczytałem to co napisałem, to wydaje mi się, że takiej szkoły nie ma w naszym kraju. Więc najprawdopodobniej skończymy w rejonowym gimnazjum ze wszystkimi jego wadami.

  58. S-21
    4 kwietnia o godz. 12:56
    – – –
    A Ty – S21 – jesteś?
    Podaj swoje namiary a będziesz mógł żądać, czego chcesz.
    Oczywiście, od ujętych taką reklamą, klientów, o ile zgodzą się na szczeniackie odpytywanki zza zasłonki, przed wirtualną tablicą, ha ha ha 🙂

    PS Wbrew Twoim horyzontom, dobry towar nie potrzebuje reklamy a blog też nie służy do tego.

  59. parker
    4 kwietnia o godz. 14:08
    – – –
    Parker, rozumiem te dylematy, też je miałem.
    Myślę, że zawsze jest wiele dobrych powodów, aby oszczędzić dziecku i sobie zmiany.
    Ale to ułuda – zmiany i tak nastąpią, więc lepiej zamiast poddać się zmianom, zarządzać nimi i samemu wybrać priorytety.
    Tak, aby zmiana przyniosła bilans korzyści, przy pewnych nieuniknionych, ale uzasadnionych kosztach.
    Naszą zmianę wymusiła przeprowadzka we wczesnym okresie szkolnym.
    Szansa, że w nowym miejscu, gdzie nikogo nie znaliśmy, znajdziemy NA CZAS odpowiednią szkołę, była znikoma, nawet żadna.
    Nie mając wyjścia (przy priorytecie, że nie będzie to publiczna szkoła rejonowa z powodów już opisanych -były 3 do wyboru), musieliśmy szukać.
    Szukajcie a znajdziecie; tak było, ale tylko dlatego, że byliśmy zdeterminowani wagą i terminem sprawy.
    Tak samo z dojazdami – nie zgadzam się; są koszty ale i korzyści.
    Uważam że szok kulturowy dla dziecka przy zmianie szkoły dopiero na etapie gimnazjum jest ogromny. Widziałem to w praktyce, dzieciom z podstawówek publicznych jest znacznie trudniej kulturowo się zdetoksykować, rodzicom – też.
    I tak a propos, na początku gimnazjum, to właśnie dzieci i rodzice z publicznych miały wdrukowany odruch „walki o byt”, ale pod stołem, manipulacją. Nie mogli pojąć (jak zresztą blogowi belfrzy dotąd nie mogą) że reguły mogą być jawne, spójne, sprawiedliwe i klarowne, przeżyli szok tlenowy. Pozytywnie.
    Switch w gimnazjum to też jest jakieś wyjście, owszem.
    Do szkoły o której piszę, nie obowiązywały punkty z testu. Był egzamin. To była rozmowa z dzieckiem i rodzicami oraz – później – test wiedzy. Decydowała całość, a nie punkty. W tym, liczył się status materialny, np. wysokie wyniki testu + niska zamożność=możliwość stypendium. Część dzieci ze względu na walor ‚integracyjny’ dla grupy, przyjęto gratis. W sumie ok. 10% rocznika dzieci nie musiało płacić wcale.
    Piszę, aby dać świadectwo temu, że takie szkoły są, nie jest to żaden cud, tylko norma kulturowa w cywilizacji (u nas objawia się, ale niestety, jedynie wyspowo).
    Jestem pewny, że i Ty znajdziesz dobre rozwiązanie.
    Pozdrawiam.

    PS Bardzo trafna jest Twoja uwaga o różnicy ethosu protestanckiego od… innych, całkowicie podzielam to spostrzeżenie, choć nie wyznaję.

  60. @Parker
    „Które dba o harmonijny rozwój dziecka, pielęgnuje jego pasje. W którym metodą zmobilizowania do nauki nie jest sankcja, tylko zainteresowanie uczniów przedmiotem, to tam wyślę. ”
    A jak Ty zamierzasz to sprawdzic? Ucze w renomowanej szkole prywatnej. Nie przepadam za S-21, ale dzisiaj pisze wyjatkowo merytorycznie i podpisuje sie pod tym. Prywatna szkola nie rozni sie od publicznej tym, ze sprzedaje marzenia (takim ludziom jak Ty-marzacym) lub nadyma ego snobom (dla ktorych ubranie malucha w mudurek jest miara statusu spolecznego). Jak mowi S-21, w prywatnej szkole deyrektor czeka tylko na spokojna emeryture, nie ma pojecia co sie dzieje na lekcjach,a glownym jego haslem jest, zeby „wszystko WYGLADALO estetycznie”-no wiesz, marketing edukacyjny. A nauczyciele w prywatnych szkolach, za pare stow wiecej, czary-mary nie zrobia. Bo to oczym marzysz to czary-mary. Tlumacze Ci po starej zanjomosci. Kase trzymaj na jakies zagraniczne kursy jezykowe.
    Gekko, nawet jesi znalazl cos wyjatkowego ( w co watpie bo wg mnie to on ma urojenia maniakalne) to zauwaz, ze to jest jedna na 10. A to co piszesz o kolegach z podworka, sasiedztwie to jest prawdziwa edukacja gratuluje bystrego oka. Wyrastanie w naturalnym srodowisku.

  61. @Gekko

    Wbrew Twojemu komicznemu przeswiadczeniu, ze akademicki edukator edukatorow jest jakims autorytetem, kazdy nauczyciel ma gleboko w najjasniejszej tresc Panskich wpisow (zauwaza Pan brak polemiki?) Stosy plagiatowanych prac obronionych na (w najlepszym razie) trzysetnej uczelni swiata nie wygra ze zdowym rozsadkiem i codziennym doswiadczeniem. Przestanze Pan wiec sie kompromitowac swoja „tfurczosciom”, bo jestes Pan w sprawach szkoly takim partnerem do rozmow z nami jak Kiepski z serialu, z tym ze Kiepski nie rozsmieszal tak swoimi pretensjami do literackich zdolnosci.
    Apropos, cos finezja i kutura wypowiedzi oslabla. Komiczne obserwowac jak „artyscie” wena wraz z procentami paruje.
    Przypominam kto tu zaczal chamskie wstawki, bo widze, zes Pan jak na Edukotara malo skoncentrowany albo nie wiesz Pan w czym tkwi „sens inspiracji polemicznych”:

    Gekko the Grat Edukator zapytuje w poscie z 26 marca o godz. 22:08:

    „Ile godzin potrzeba, aby uczyć z efektem czegoś, o czym uczący sam nie ma pojęcia i nawet o tym nie wie?”

    Jednoczesnie obnazajac swoj brak pojecia w temacie co znajduje wyraz w kompletnym ignorze ze strony czytujacych tego bloga profesjonalistow.
    He, he. A kto wyedukowal nauczycieli jak nie Gret-Edukator Gekko?
    Tsubaki ma urlop wiec sie relaksuje resocjalizacja zablakanej owieczki systemu, ale jutro juz bede zajeta, wiec niechze mnie juz Pan nie zmusza do schodzenia tak nisko, by wdawac sie w dyskusje z kiepskim i nudnym interlokutorem.
    Zegnam oschle i nie zycze by inni wzieli urlopy, bo jak podniosa rekawice to i straszno i smieszno bedzie, Panie Drugi Norwid.

  62. @Parker
    Nie wierz temu co pisze Gekko . Jest on kolejna ofiara marketingu ( na rynku prywatnej i edukacji leza miliony, ktore sobie cwaniaki wydzieraja wyrafinowanymi technikami, Gekko i i nnym ignorantom nieznanymi. Dal sie nabrac na zgrabnie skrojony garnitur dyrektora i jego gadka gadke, co bardzo pasuje do jego „profilu psychologicznego”. Nie daj sie oszwabic atmosferze „ol” i „el”. Szkola to biznes taki jak wszystkie, a priorytetem poczatkujacych biznesmenow w Polsce jest „doganiac zachod”, czyli ciac koszty:)

  63. @ Gekko
    „Kwestią nie jest forma własności szkoły, ale warunki, jakie systemowo kształtują jej pracowników -a to znaczy, że w publicznej, szansy na rzetelnego nauczyciela nie ma. On wypali się i zostanie zagryziony wcześniej, niż się zorientuje, a i tak jest wyjątkiem w masie cynicznych od początku pieczeniarzy.
    Szanse (choć nie gwarancje) daje niepubliczna. Przebadałem 8 takich szkół.
    Mogę powiedzieć, że powielasz stereotypy. ”

    O naiwnosci! A w prywatnej nikt sie nie wypala, bo w pryeatnej szkole siedza w lawkach grzeczne kukielki nie zywe dzieci. Nikt nikogo nie gryzie, wszyscu sie kochaja, a o wyscigu szczurow i pazernosci slyszeli tylko na lekcjach historii.

    Normalnie Don Kiszot. Zakochal sie w pomywaczce i piesni pieje na jej czesc.

    Za 2-3 lata nie majacy w okolicy zadnych kolegow potomek, bedzie spedzal wieczory przyklejony do monitora komputera. No, pewnie bedziesz mu czasami przerywal czytaniem swoich „poematow” tudziez dowozil na korki, na ktorych sytemowa zmiana dokonala cudu przemiany przcietnego nauczyciela w geniusz pedagogicznego.
    Jak to wiara ludzi w sile kasy odbiera zdrowy rozsadek.

  64. @Gekko
    Ja cię nie pytam o twoje(!) namiary!!!Ja cię pytam o namiary edukacyjnego cudu, który opisujesz, a to co innego!!!
    Inaczej nadal będzie oczywiste, że we własnym przyziemnym interesie zajmujesz się promocją niepublicznych, a drogich szkółek, i starasz się czarnym PR-em pogrążyć ich konkurencję…..;-)

  65. S-21
    4 kwietnia o godz. 21:00
    – – –
    A ja zakładam, że rozmawiamy po partnersku, S-21 i tak, jak ja mam obowiązek spełniać Twoje dowolne żądania, tak Ty w ten sam sposób – moje.
    Pytam o Twoje namiary, czyli miejsce, które zatrudnia za publiczny grosz takiego cuda, jak Ty.
    Ostatecznie, ludzie mogliby mocno przyoszczędzić na edukacji niepublicznej, którą tak kolorowo malujesz, kierując dzieci masowo pod Twe skrzydlate kompetencje oferowane publicznie.

    Odwzajemniając Twoją postawę, stwierdzam jednak, że wstydzisz się (słusznie!) swej tożsamości i lokalizacji zawodowej, odmawiając mi uporczywie jej ujawnienia.

    A przecież mógłbyś łatwo, swoim dorobkiem blogowym ujawniając się z miejscem zatrudnienia, zadać kłam czarnemu pijarowi szkół publicznych, jaki sam tu swymi wpisami budujesz.

    Nic prostszego, kotku, dla takiego chwata 🙂 Czekamy z napięciem, na tę odsłonę skromnego do bólu salwatora wizerunku publicznego 🙂

  66. Na chwilę wracając do tematu: do protestujących jakoś nie dociera fakt, iż są spóźnieni jakieś trzy lata. Machina już dawno ruszyła. Mnie zresztą (historykowi z gimnazjum i liceum) zmiana się podoba, ma w sobie ciekawy potencjał, dotychczasowy system był nieco absurdalny.

  67. @Gekko
    Ja cię nie pytam gdzie pracujesz – problemem jest to czy twój wiele razy opisywany prywatny edukacyjny raj(gdzie byłeś klientem, nie pracownikiem pono!) istnieje naprawdę czy tylko w twojej wyobraźni propagandysty prywatnych szkółek.Jak na razie twoje wykręty dowodzą na 100% że to czysta fantazja jest…;-) I tyle!!! Więc się nie wykręcaj!!!

  68. S-21
    4 kwietnia o godz. 21:00
    – – –
    Chciałaby dusza do raju, oj S-21, jeśli wreszcie zmuszono Cię do poszukiwania pracy, co jedynie tłumaczyłoby tę obsesję śledczą, jedyny adres, jaki mogę Tobie polecić, to placyk za Różycem 😉
    Nie dziwi, że tak boisz się ujawnić, kto kompromituje się zatrudnieniem tak zrównoważonego, jak Ty belfra, biorąc pod uwagę Twój szczery wstręt do czarnej propagandy…
    Temat uważam za wyczerpany do czasu, gdy dasz przykład odwagi cywilnej, oczerniając i lżąc innych spod jawnego szyldu źródła takiej edukacji, lub zaprzestając takich praktyk.
    A tymczasem – wesołych, wolnych od paranoi i obsesji świąt życzę.

  69. @Gekko
    >Chciałaby dusza do raju, oj S-21, jeśli wreszcie zmuszono Cię do poszukiwania pracy, co jedynie tłumaczyłoby tę obsesję śledczą, jedyny adres, jaki mogę Tobie polecić, to placyk za Różycem ;)<
    Oj plączemy się w zeznaniach…;-) Toć według ciebie tam by taki jak ja nie pasował więc by mnie nie przyjęli…;-) Dzieci też już na studiach i po, a wnuków jeszcze brak – również jako klient do tej szkółki nie pasuję.
    Mnie interesuje tylko jeden aspekt sprawy – ta szkółka-raj(mimo, że tylko 1 z 10 jakie pono znasz!) to dla ciebie koronny(innych, poza inwektywami nie podajesz!) dowód na immanentną wyższość prywatnych płatnych szkółek nad publicznymi!!! Więc albo ten dowód jest realny i wtedy jest pole do dyskusji, albo go nie ma, więc reszta to też twoje zmyślenia naciągaczu z prywatnego sektora edukacyjnego!!!Więc czekam!
    Akurat nie muszę się martwić o pracę i jej nie szukam!!!

  70. Nie jestem zwolennikiem obecnych głodówek i akcji historyków z IPN,ale nie dlatego iż uważam „reformę” szkoły pań Hall,Szumilas,Krajewskiej i Berdzik za dobrą. Uważam, że te demonstracje, głodówki, apele wyrażają partykularny interes środowiska historyków – więcej godzin, więcej etatów, więcej programów, więcej bryków. Czyli, ogólnie, kasa, misiu, kasa…;-)
    Jak dla mnie nowe podstawy niesłusznie historię uprzywilejowują, kosztem tego co jest realnie potrzebne licealistom, w imię partykularnych interesów historyków ubranych w ładną bogoojczyźnianą frazeologię.
    „Historia współczesna” to właściwie nie nauka tylko zestaw dat i hagiograficznych historyjek, uwikłanych w aktualne interesy oraz emocje polityczne rządzących i nauczycieli.[Wystarczy wyobrazić sobie podręczniki historii pisane gdyby rządził PiS, PO, SLD, Ruch Palikota…;-)]. Na dodatek archiwa otworzą się za min.50 lat….;-)
    Przekonanie, że wykucie(pod szkolnym przymusem!) pewnej ilości takich dat i historyjek robi z człowieka patriotę czy ma coś wspólnego z jego narodową tożsamością jest godne idioty albo … skrajnego cynika!!!

  71. @S-21
    5 kwietnia o godz. 15:31

    Sorry, że się wtrącam między wódkę a zakąskę.

    Obawiam się, że straciłeś z pola widzenia meritum sprawy, a jest ono zasadnicze.

    S-21, ta szkółka-raj, która Cię jedynie interesuje, nie ma w sprawie żadnego znaczenia. Ja akurat wierzę Gekko, że taką znalazł i gratuluję, Ty wierzyć nie musisz. Jednakże jak ona funkcjonuje jest w zasadzie sprawą pomiędzy nią i jej klientami. To nie ona stanowi dowód wyższości prywatnych szkółek nad publicznymi.

    Istotą zagadnienia nie jest niepubliczna szkoła-raj, ale szkoła-piekiełko publiczna i to bez potrzeby porównywania jej z czymkolwiek.

    PO PIERWSZE – szkoły publiczne, jak sama nazwa wskazuje, są sprawą publiczną – bo są utrzymywane za publiczną kasę i ich klientami jest zdecydowana większość społeczeństwa: rodziców i dzieci. Z tych dwóch racji społeczeństwo ma prawo do oczekiwań i dyskusji na temat jej kształtu, dyskusji również publicznej. Twierdzenie – nierzadkie w ustach nauczycieli, również w tym miejscu – że trzeba być nauczycielem aby mieć coś do powiedzenia w sprawie szkoły, to – delikatnie mówiąc – wyraz najwyższej arogancji.

    PO DRUGIE ? twierdzę, że kondycja szkół publicznych jest fatalna i stale się pogarsza. Ta opinia opiera się nie tylko na kilkunastoletnich kontaktach z pięcioma szkołami (dyrektorami i nauczycielami), w których uczyły się moje dzieci, ale również na podstawie funkcjonowania innych placówek oświatowych, z którymi miałem kontakt zawodowy. Znam również opinie rodziców, w tym zorganizowanych, a także sporej grupy osób, które pracę w charakterze nauczyciela zamieniły na pracę w gospodarce i na odwrót oraz osób które jednocześnie pracują w instytucji pedagogicznej i w gospodarce. Spostrzeżenia tych osób są szczególnie cenne, gdyż znają od wewnątrz oba te jakże różne światy.
    Co więcej, również nauczyciele, również w tym miejscu, również nasz Gospodarz – obnażają świadomie i nieświadomie liczne absurdy funkcjonowania szkoły, szkoda, że bez sięgania do przyczyn, a cóż dopiero możliwych działań.

    PO TRZECIE ? uważam, że stan szkół publicznych nie jest wynikiem dziejowego spisku, ani selekcji negatywnej ale systemowych podstaw zarządzania oświatą.
    Może istnieć prawidłowo funkcjonująca (bo prawidłowo zarządzana) szkoła publiczna, tak samo, jak niepubliczna i na odwrót.
    Różnica jest taka, że w niepublicznej można ją kształtować na poziomie szkoły (lub poszukać innej); w przypadku publicznej wymaga zmiany podstaw prawnych bezpośrednio i pośrednio regulujących jej funkcjonowanie. A to już nie takie proste.
    W istniejącej sytuacji reformy programowe, czy zadaniowe są wyrzucaniem pieniędzy w błoto, bo żaden z pomysłów (choćby był słuszny) nie ma mocy być powszechnie zrealizowany (przy niewydolnym systemie zarządzania i strukturze organizacyjnej).

    PO CZWARTE ? uważam, że polemika o wyższości takiej a nie innej formy własności w przypadku szkoły to w ujęciu teoretycznym unik prowadzący do ucieczki od meritum sprawy.
    Według mnie nie ma możliwości skutecznego zreformowania szkoły publicznej w obecnej sytuacji.
    Metoda drobnych kroczków, drobnych reform, nawet właściwie ukierunkowanych nie jest w stanie wyhamować negatywnego trendu, natomiast metoda radykalna wykonana metodą jednego cięcia mogłaby chyba tylko mieć szanse powodzenia po wprowadzeniu stanu wyjątkowego na terenie całego kraju.
    A i to nie jestem pewien.
    Dlatego jedyną realną drogą, jaką widzę na dzień dzisiejszy jest ta, którą, mam nadzieję, idzie rząd ? ekonomiczne i administracyjnego zmuszanie gmin do likwidacji szkół publicznych, aby powstawały szkoły niepubliczne w mniejszym stopniu obciążone balastem socjalistycznego zarządzania.
    Kiedy szkolnictwo publiczne przestanie być dominujące, powstaną warunki do odbudowania jego struktury na gruncie zreformowanych zasad zarządzania.

  72. @corleone
    Wszystkie argumenty jak kulą w płot…;-)
    1.Szkoły niepubliczne otrzymują na ucznia z budżetu dotację publiczną (czyli z podatków!!!) w wysokości średnich 100% nakładów na ucznia w szkole publicznej w danej jednostce samorządu terytorialnego (tzw.poprawka Kracika z roku 2002). Tak więc są również(!!!) utrzymywane ze środków publicznych. Że do tego rodzice dopłacają słone czesne, a właściciele/dyrektorzy twierdzą, że nic nie dostają to inna historia…;-) W każdym razie jest to istotny powód żeby się szkołami niepublicznymi również zajmować, prawda???
    2. Ja znam całkiem dobrze wiele szkół zarówno publicznych jak i nie publicznych i w obu(!!!) grupach są zarówno szkoły świetne jak i tragiczne, choć akurat idealnej nie znam w żadnej grupie…;-)
    3.Według Gekko(i Twojego postu!) szkoły niepubliczne mają stanowić tą lepszą alternatywę wobec szkolnictwa publicznego oraz antidotum na jego wady. Dlatego właśnie domagam się podania realnego(!) przykładu choć jednego takiego ideału, a on jakoś od tego ucieka…;-)
    4.Daruj sobie gadki o socjalistycznym sposobie zarządzania – w zachodnich częściach Niemiec są świetne publiczne szkoły i tragiczne(z różnych powodów!) prywatne, a „socjalizmu” tam nie było…
    5. Problemy polskiego szkolnictwa nie wynikają z kwestii własnościowych – wynikają z faktu, że całym(!) systemem edukakcji zarządza nieudolnie w sposób skrajnie centralistyczny i biurokratyczny ogromnie rozbudowana i marnotrawna biurokratyczna machina !!!

  73. S-21
    7 kwietnia o godz. 18:40
    – – –
    Masz słabą orientację w swojej branży (a raczej słabo manipulujesz rachunkami i argumentami) i za to – wybujały tupet, jak kula u nogi kołka w płocie.

    1/ Dotacje z pieniędzy publicznych dla szkół publicznych de facto obejmują też koszty utrzymania właścicielskiego ponoszone przez samorządy, a nie oświatowe tylko per capita na ucznia, jak w niepublicznych.
    2/ Takie dodatkowe i istotne koszty w szkołach niepublicznych ponoszą właśnie sami rodzice, stąd konieczność czesnego.

    Tak więc nie są to równe ekonomicznie ani sprawiedliwe, społecznie i w ogóle, warunki konkurencji.
    Dlatego nie można mówić o wolnym rynku usług oświatowych i dlatego jedynie mamy ilościową dominację szkół publicznych.
    Ponadto:
    3/ Dotacja per capita w niepublicznej jest aktywnie i z wyboru „przynoszona” przez rodzica, w publicznej – działa efekt skali (łatwiejszy dostęp lokalizacyjny i koszt dla rodzica, stąd częstszy wybór), więc ta dotacja tak czy siak do szkoły publicznej dotąd przychodziła.
    Ten czas się kończy, wraz dotychczasowym dolce vita placówek publicznego zatrudnienia kogo popadnie i gdzie bądź.

    Dlatego, można było w tych szkołach udawać (albo po prostu wykazywać się arogancką głupotą) jakoby tożsamość klienta – czyli podmiotu świadczonych usług, jest nie do zrozumienia przez personel.
    A jest nim oczywiście uczeń i jego rodzic (jeśli uczeń niepełnoletni) i tego się kotku będzie belfer musiał nauczyć.
    A nie żądać pielgrzymek rodzicielskich w celu rozmowy – czyli petycji o łaskawy profesjonalizm lub przyzwoitość zawodową belfra (nie mówiąc o osobistej), jak to marzy sobie retrowertycznie Gospodarz.

    To właśnie taki mechanizm państwowo sterowanego quasi-rynku redystrybucji grosza publicznego + faktyczny monopol publicznego właścicielstwa sprawia, że arogancja personelu wyraża się również w żenującym poziomie i metodach zarządzania, selekcji, nauczania i w ogóle wszystkiego, co beneficjentom systemu przychodzi bez trudu i bez odpowiedzialności w tym układzie.

    Zarządzanie w takim systemie jest po prostu jeszcze jedną z lukratywnych funkcji grabieży grosza publicznego.
    Zajmują się tym szczególnie zaufani towarzysze-kumotrzy z grona belferskiego – 85% tych funkcji sprawują współcześni polit-belfrzy (reszta to księgowe).

    Nie mówiąc o tem, że belfrzy stanowią NAJLICZNIEJSZĄ grupę zawodową w PARLAMENCIE, więc Twoje krokodyle łzy nad komediodramatem skutków ustanowienia, utrzymania i zarządzania systemem to cienki strumyk płynący przez własną, belferską nogawkę.

    A propos i w tych okolicznościach – Mokrego Jajka!, S-21.

  74. @Gekko
    No i znowu uderz w stół…;-)
    Widać Gekko,że, bliskie kieszeni, emocje nie pozwalają ci się utrzymać w roli, beneficjencie czesnego w prywatnej szkółce….;-)
    Nie zajmowałem się równością konkurencji, bo to jest typowy dla prywatnych właścicieli szkół argument, tylko konsekwencją faktu, że w Polsce prywatne szkółki korzystają obficie z publicznych środków.Co więcej – czynią tak i szkoły o wielkim czesnym dla bogatych snobów (np.szkoły „Sternik”, gdzie dzieci posyłają min. Sikorski z b.wicepremierem Giertychem),które w żadnym cywilizowanym kraju ze strachu przed opinią żadnej publicznej kasy nie biorą! Skoro zaś korzystają z publicznej kasy to ich jakość i inne elementy działania mogą i wręcz muszą być elementem publicznej(!) debaty!!!
    A jak tam twój wirtualny prywatny raj edukacyjny??? 😉

  75. @S-21
    7 kwietnia o godz. 18:40

    1.Szkoły niepubliczne mają co najmniej dwa plusy pozwalające na sprawne zarządzanie: są bardziej uzależnione od rynku (działanie na poziomie instytucji) i pozwalają na politykę kadrową (na poziomie pracownika).

    2.Jeżeli mówisz o „świetnych szkołach” natychmiast nasuwa mi się pytanie, na czym owa świetność polega. Oceniając jakiś proces, pierwszy etap to określenie celów, zadań, ich hierarchii. Z nich wynikają kryteria. A kryteria stanowią bazę do oceny.
    Interesujące byłoby, jak to wygląda w tych świetnych szkołach publicznych: cel, kryterium, ocena (z całym szacunkiem, te publiczne najbardziej mnie interesują).

    3.Nigdzie nie napisałem, że problemy polskiego szkolnictwa wynikają z kwestii własnościowych. Wynikają ze sposobu zarządzania. Przy czym w szkołach publicznych (obecnie u nas działających) sprawne zarządzanie nie jest możliwe – nie dlatego, że są publiczne, ale dlatego, że działają w istniejącym systemie prawno-organizacyjnym, który takie zarządzanie uniemożliwia.
    Wszystkie reformy ostatnich lat, nie tylko tego systemu nie naruszyły, ale w jego ramach się poruszają lub go rozbudowują. To jest właśnie ten scentralizowany, socjalistyczny (nie historycznie, ale tu i teraz działający) system zarządzania. Jeżeli masz pomysł, jak go ruszyć, pierwszy rzucę kamień.

    4.Wracając jeszcze do „świetnych szkól publicznych” – w jaki sposób poradziły one sobie z ową marnotrawną machiną?
    Przecież również znajdują się w jego szponach. Przecież wszystkie są w tym samym systemie (pkt 5) Co sprawia, że niektóre są świetne a niektóre tragiczne (pkt 2)?
    Może pomysł wart jest rozpowszechnienia?

  76. NIE. Nie ma Pan w ogóle racji. Idąc na historię na UŁ, nie muszę zostać nauczycielem. W ogóle, indywidualizacja kształcenia to bardzo dobry pomysł. Ja akurat jestem na „humanie”, ale to dobrze, że ci, którzy idą na rozszerzenie matematyczne albo biologiczne będą mieli mniej lekcji.

css.php